Gastroturystyka na Majorce

W prawie każdym tekście staram się przemycać na różne sposoby info o naszej przypadłości…tfu…naszej odmianie turystyki, a mianowicie: gastroturystyce. Nasze zwiedzanie jednoznacznie związane jest ze spożywaniem, czasami mam wrażenie, iż poszukując czegoś dobrego „do wtranżolenia” jak gdyby przy okazji poznajemy okolicę 😊

Rozmiary patologii przybiera to zjawisko, gdy pofolgujemy sobie z trunkami wyskokowymi, wtedy już mamy do czynienia z: gastrofazą. Parafrazując tytuł jednego z Bondów „lodówka to za mało”! Jeden otwór gębowy tylko, a tu taki natłok pilnych wrażeń i potrzeb 😉

A że na Wyspie przez ostatnie 7 miesięcy wypiłem tyle co podczas całych studiów (a uwierzcie mi „nie ustawaliśmy w trudzie”) to i przetestowaliśmy dla Was większość propozycji miejscowej kuchni. Jest w czym wybierać!!!

Kiedy tu przybyliśmy na stałe wydawało nam się, że kuchnia Majorki jest taka sama jak hiszpańska.

Wszyscy dookoła mówili nam, o jakiejś kuchni (cuina mallorquina) lokalnej, produktach i daniach typowych dla wyspy, a my po prostu: paella (z kontynentu), każde ilości krewetek (wszyscy to dają), pulpo a la gallega (z Galicji – najodleglejsza dla Majorki część Hiszpanii).

Ostatecznie odkryliśmy kuchnię (i nadal odkrywamy) miejscowej ludności w najprostszy z możliwych sposobów, a mianowicie: pewnego razu zarezerwowałem stolik w knajpie, w której menu napisane było po katalońsku w dialekcie majorkińskim i kompletnie nic nie rozumiałem. Pan kelner nieświadom, że robimy to w imię nauki nie chciał do końca przyjąć naszego zamówienienia powtarzając jak katarynka „za dużo, za dużo”😊 – daliśmy radę, ale bój był okrutny, a wspomniany „camarero” jak „przyczajony tygrys” obserwował nas bacznie gotów w każdym momencie dzwonić pod 112!

Co zatem zjeść na MAJORCE, aby móc powiedzieć w pełni odpowiedzialnie np.: „próbowałam/próbowałem, ale schabowy z kapuchą rozwala system” lub też stwierdzić „fantastyczna rewia smaków – nie wracam do kraju kochana Rodzino!”?

Poniżej totalnie subiektywne zestawienie – bardziej moje niż Dziewczyn – polecanych do spróbowania dań. Niestety czasem wpadam w pułapkę „mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu (…)” wtedy kulinarne poszukiwania zostają przerwane i uderzamy w  nasze ukochane, sprawdzone zestawy!

Co do picia?

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w knajpie, jakaś miła osoba z obsługi doprowadza Was do stolika, daje Wam jakieś 2 minuty i przychodzi z pytaniem „co do picia”…nawet jeśli nie jesteście gotowi, nie wybraliście – to zamówcie! Cwaniakowałem na początku kalecząc piękny hiszpański tekstami „proszę jeszcze o chwilkę/ 5 minutek/czas do zastanowienia” i….obsługa jakby się pod ziemię zapadała 😊 istny trójkąt bermudzki! Mijało pięć, czasami więcej minut, a nikt nie przychodził przyjąć zamówienia na napitki…najczęściej kiedy ostatecznie ktoś się zjawił to musieliśmy już również znać odpowiedzi na pytania dot. przystawek, głównego dania i deseru! Rada praktyczna – deseru nie zamawiajcie „na starcie”, dajcie sobie czas i szansę, może okazać się, że pomimo najszczerszych chęci po daniu głównym nie dacie rady nic więcej w siebie wmusić 😊

A co do picia? Na pewno dużo wody bo spędzicie chwilę w lokalu, okazuje się, że hiszpańskie piwa są naprawdę niezłe, nie bójcie się też zamawiać „vino de la casa” – jest to najczęściej winko o doskonałym stosunku jakości do ceny!

No i rzecz jasna „najświętsza sangria de cava” (nie mylić z tradycyjną sangrią), która co prawda nie pochodzi z Balearów, ale spożywamy ją radośnie w hektolitrach w sezonie ze względu na walory smakowe i orzeźwienie jakie daje. Prosty przepis ( jakby co to jest też TUTAJ):

– dużo wina musującego „cava”,

– owoce,

– jakiś najlepiej pomarańczowy napój gazowany,

– jakiś „wzmacniacz” w rodzaju brandy

– dużo lodu

Nie „bawcie” się w zamawianie kolejnych kieliszków tego zacnego trunku,  wszędzie proponują dzbanki i tak też zróbcie.

Po napojach przychodzi czas na przystawki  – chyba kluczowe w kulturze miejscowej 😊

Wachlarz propozycji olbrzymi, poniżej kilka słów o naszych najczęstszych, ulubionych przekąskach.

Pan con aioil – czasami dostawaliśmy nawet nie zamawiając, jest to po prostu pieczywo (najczęściej bagietka pokrojona) + sos czosnkowy o konsystencji lekkiego kremu. Pierwsza rzecz, która zostanie dostarczona na stół więc zjadamy (prowadzimy nasz prywatny knajpiany ranking sosów 😊) , często można otrzymać jeszcze oliwki do tego.  Po tej przystawce możecie poznać czy lokal jest dobry…jeśli dostaniecie majonez o smaku czosnku to nie spodziewajcie się eksplozji smaków w dalszej części ☹

Pa amb oil – tym razem to pełnoprawny opieczony chleb (w najbardziej tradycyjnej wersji powinien być „natarty” czosnkiem i oliwą), przykryty masą ze startych pomidorów (na każdym targu, bazarku są specjalne, wielobarwne talerzyki „z ząbkami”, które służą do rozdrabniania pomidorków – doskonałe na prezent, 3-4 euro to max). Najczęściej na talerzu znajdzie się ser i szynka dojrzewająca chociaż wariacji na ten temat widziałem już wiele – mam wrażenie, że każda knajpa ma swój pomysł na składniki. A to jakieś plasterki kiełbasy lokalnej, oliwki, papryczki marynowane, dostałem też kiedyś tę przystawkę z moim zdaniem doskonałym camallot – na pierwszy rzut oka to nasz salceson, ale nie bójcie się i koniecznie spróbujcie jak będziecie mieli okazję!

boquerrones fritos – piszę i zapluwam ekran takie to dobre, uwielbiamy całą rodziną! Smażone w głębokim tłuszczu, soczyste, chrupiące maleńkie sardele serwowane z gęstym sosem do maczania i cytryną! Nie pomylcie się i zamówcie „fritos” a nie „en vinagre” bo dostaniecie coś co wygląda jak śledzik w oleju.

– pimientos de padron –  jak czujecie, że spożywacie za mało warzyw to idealnie będzie to zamówić i mieć alibi 😉 Małe zielone papryczki pieczone na patelni, posypane gruboziarnistą solą (nie żałują jej) – prezentują się doskonale na stole!

tumbet – typowe wyspiarskie papu, jednogarnkowe danie warzywne, dla ludzików nie spożywających mięsa doskonały wybór. Jak lubicie zapiekane bakłażany, paprykę, pomidorki i ziemniaki – nie krępujcie się i zamawiajcie.

sopas mallorquinas – …oszuści…miałem ochotę na zupkę a dostałem coś na kształt bigosu podawanego na chlebku…😊nie powiem dobre to to było, ale konsument chciał zupę!!!

Jak już sobie poskubaliście „małe co nieco” czas przejść do konkretów!

TYPOWO MAJORKAŃSKIE Danie główne…mam swoje trzy typy, bez których nie opuściłbym wyspy!

Na pierwszy ogień proponowałbym coś z moich ukochanych rybek, a jak ryba to….lubina a la sal (chociaż ta, grillowana też jest doskonała). Jak ktoś zna się na rybach to lubina to nic innego jak okoń morski 😊.

Ryba delikatna, zapieczona w soli (ilości hurtowe), w jednej z naszych ulubionych miejscówek obsługa porcjuje rybkę na naszych oczach – najczęściej podawana z duszonymi warzywami, polecamy gorąco!

Bardzo majorkański jest tzw. „brudny ryż” – arroz brut. Co do tego skąd przymiotnik „brudny” naczytałem sięi nasłuchałem – albo szafran jest temu winien, albo królik (najłatwiej zwalić na biednego królika). Danie ewidentnie dla mięsożerców (królik, kurczak i wieprzek), uzupełnione ryżem, jakaś fasola zielona, cebula itd. Gdyby nie ryż to „wypisz-wymaluj” gulasz po węgiersku 😊 (ja wciąż zapluwam ekran).

Na koniec zostawiłem sobie coś co jemy w jednym, konkretnym miejscu (to nie product placement!), organoleptycznie prezentuje się słabo, ale pieści nasze podniebienia, a patelnia zawsze opróżniona jest na 100 % (sądzę, że po naszej konsumpcji nawet nie myją naczyń 😉).

W naszej knajpie (tylko kuchnia majorkańska) nazywają to chyba paella mixta (pewności nie mam bo lokal zamknięty do marca i nie mam jak sprawdzić). Czarny ryż + owoce morza = najlepsza rzecz jaką jadłem na Majorce! Ten czarny ryż „zrobił” całą robotę, co oni tam dodają nie wiem, ale jest to doskonałe!

W każdym lokalu, aby podano Ci paelle musisz znaleźć jakiegoś drugiego chętnego (przy tym samym stoliku 😉) bo nikt nie przygotuje tego dania dla jednej osoby (ale za to jest świeże!)

Patelnia z produktem ląduje koło stolika (lokalesi mają specjalne wózeczki), obczajka i jak na talerzu robi się pusto to dokładają – nie sprzeczajcie się tylko jedźcie!

Uważajcie na to, że ceny paelli (wszędzie) podawane w menu zawsze są per osoba (niby logiczne, a znamy takich co się nacięli).

Gdybyście chcieli wiedzieć gdzie znajduje się ten nasz ulubiony majorkański lokal to piszcie w komentarzach – ciekaw jestem Waszych doznań/ocen 😊

Po daniu głównym (w lokalu już siedzimy pewnie ze dwie godziny) pora na…kawkę i ewentualnie (jak jest miejsce to „ogień”! jesteście w końcu na wakacjach) – deser.

Nie martwmy się, ze to wszystko tyle trwa, tak być musi na południu. Obserwacje mamy taką, że lokal pełen ludzi, obsługa się uwija, ale zawsze znajdą czas żeby pogadać (ostatnio uczyłem się z Panem kelnerem jednego z  czasów przeszłych w kastylijskim) i pożartować. Jak ktoś z personelu zada pytanie ( a zrobi to na pewno) „jak smakowało?” to potraktujcie je poważnie, za zbywanie w stylu „smaczne”, „dobre” itd. można podpaść –  przygotujcie sobie lepiej jakieś zdanie wielokrotnie złożone 😊

Kawę podano, zamówiliśmy słodkości. Wybór moim zdaniem większy nawet niż przekąsek!

O ensaimadzie pisałem wcześniej, w restauracjach nie uświadczymy raczej tego ciasta, w piekarniach i kawiarniach i owszem. Łatwiej skosztować w restauracji popularnych churros, chociaż te „pączki” w kształcie prętów, posypane cukrem (raz kolejny produkt w ilościach hurtowych) najlepiej próbować w specjalnych lokalach o nazwie „churreria” lub z przenośnych budek to i niektóre restauracje mają je w swojej ofercie. My lubimy podane z czekoladą, w której maczamy churros i lodami waniliowymi!

Wszędzie niemalże możecie zjeść ciasto migdałowe (wyspa słynie z migdałów) o pokręconej nazwie

Gató amb Gelat d’Ametlla. Jakby była zbyt niska zawartość migdałów w cieście migdałowym to podawane jest z…lodami migdałowymi 😊

Jeśli w karcie zobaczycie crema catalana a lubicie creme brulleeto działajcie. Jak nazwa wskazuje to deser prosto z Katalonii (Baleary są moim zdaniem „mocno katalońskie” w niektórych aspektach), przygotowywany na bazie mleka (creme brullee to z kolei śmietana), cytryny, żółtek, cynamonu i mąki kukurydzianej. Na wierzchu „skorupka” z karmelizowanego cukru – wszystko.

Ciekawie może być gdy zamówicie tarta de queso – po naszemu sernik. Na Majorce twarogu takiego w stylu „babcia na Podlasiu zrobiła”  nie uświadczycie więc Waszej ocenie pozostawiam czy ten deser „się broni”?

Na deser (się mi udała ta „gra słów 😉) pozostawiliśmy pewien rodzaj….lodów.

Czy jedliście kiedyś lody z sera? Żółtego? Dziewczyny moje jadły i…rozpłynęły się w zachwycie. Nie mamy zielonego pojęcia jak się nazywały, ale w menu powinno być to coś w stylu „helado de queso de mahon”?

Jeśli jesteście już troszkę „południowcy” to od wejścia do lokalu minęło (zakładam, że Wam się śpieszy) jakieś +/- dwie i pół godziny, nam zdarzyło się siedzieć kiedyś prawie pięć (co prawda alkohol krążył wokół naszego stolika jak w rozlewni wódek) a wyszliśmy na obiad!

Jeśli nie macie tyle czasu, nie chcecie go marnotrawić (nie rozumiem?) to zawsze możecie zjeść coś serwowanego w niemalże każdym lokalu pod nazwą „menu del dia”. To menu dostępne jest zazwyczaj między 13.30 a 15.30, dania wybieramy z ograniczonej oferty, cena jest stała (korzystna), jakość i smak – zarzutów brak, w Hiszpanii jest to bardzo popularne.

Na koniec podzielę się z Wami pewną ciekawostką (dla nas to ta kategoria bo nie jesteśmy entuzjastami „gwiazdek”).

Gdzieś przeczytałem, że na Majorce możemy zjeść w około 2800 restauracjach…Zważywszy, iż na wyspie mieszka około 900 tysięcy ludzi to liczba ta wydaje się imponująca (inna sprawa, że tubylcy kochają „jadać na mieście”).

W całej tej masie lokali jest osiem, które zostały uhonorowane wspomnianymi „gwiazdkami Michelina” (w całej Polsce jedna lub dwie restauracje).

Jedna….Zaranda, dostała nawet nie jedną a dwie gwiazdki. Co mnie dziwi? Restauracja otwarta jest tylko w sezonie, 6 dni w tygodniu (bez poniedziałku) i w godzinach 19-22…trzy rodzaje menu do wyboru, ceny od 140 do 185 euro, wino osobno.

I mam zagwozdkę, bo aby coś oceniać powinienem poznać wpierw, ale gdy pomyślę ile ciekawych rzeczy mogę za tę masę pieniędzy zrobić to moja „dusza naukowca” się buntuje! Zresztą od zawsze powtarzam, że nawet gdybym był milionerem to i tak jadłbym dalej zamiast kawioru placki ziemniaczane (kocham je!).

Dodaj komentarz