Klejnoty Majorki – Calo des Moro i Cala S’Almunia

Po dniu spędzonym na zwiedzaniu bliższej okolicy, zakończonym wieczornym zbieraniem szczęk z podłogi,  postanowiliśmy odwiedzić plaże…a jakże również okoliczne. Skoro „naście” kilometrów od obejścia naszego trafiliśmy takie turystyczne smakołyki  jak „skała? daj spokój” czy bajkowo-senną CALA FIGUERA (poczytaj tutaj) to co jeszcze trafimy?

W planie na niedzielę zatytułowanym dla zmyłki „zwiedzamy okoliczne plaże” pomogła nam zdecydowanie…pogoda (zaskoczeni?).

27 października, Kasia z przyzwyczajenia chciała się chwil kilka wcześniej umawiać na wymianę opon u miejscowego mechanika 😉 a tutaj 25 stopni, bezchmurne niebo, na dodatek rano pod domem pływali nam już jacyś spragnieni wody turyści.

Krótka „obczajka” mapy i decyzja zapadła, niby już tam byliśmy, ale trochę jakby z przypadku a na pewno za krótko!

CALO DES MORO znana również jako CALA DE SA COMUNA (nie przywiązujcie się do tej nazwy, podaje ją z kronikarskiego obowiązku) i sąsiadująca z nią CALA S’ALMUNIA.

Obie plaże dzieli może ze 300 metrów, ale dotarcie do obu stanowi pewnego rodzaju wyzwanie.

Dojazd jest prosty, miły i przyjemny –  dobrze oznaczony, parking obsługujący obie plaże  – duży (chociaż w sezonie i tak możecie mieć problem z miejscem) i bezpłatny (tylko cienia brak, a drzewka, które posadzono tutaj cień rzucą na przyszłe pokolenia).

Z parkingu miły spacer i po kilkunastu minutach meldujemy się „na rozstaju dróg gdzie przydrożny Chrystus stał (…)” – czas decyzji.

Albo przechodzimy obok zejścia (duże słowo) na CALO DES MORO i idziemy dalej gdzie zaczynają się…”schody” – dosłownie i w przenośni. Niby ich nie dużo (110 stopni – przeczytałem nie liczyłem, z zasady nie „szarpię” się na figury ponad STO żeby sobie w głowie nie mieszać 😉) ale nachylenie takie, że zapomnijcie o robieniu babci prezentu na 70te urodziny i wycieczce na CALA S’ALMUNIA! Chyba…., że znacie treść babcinej „ostatniej woli” i nie zapomniała o Was 😉

Z wózkami podobnie – na Majorce jest ze 250 plaż, na których dzieciaki znajdą lepsze warunki do rozpierduchy i rozładowania AKUMULATORÓW. Pomijam już fakt, że na obu plażach nie uświadczycie żadnego serwisu –  co na wyspie jest standardem!

Toaleta, BAR, ratownik – a gdzie to miałoby się tutaj zmieścić?

No dobra, jeśli zdecydowaliście się jednak zejść po schodach…widok rozwala! Bo dla widoczków, fotek i ciszy dziwnej dla naszej WYSPY odwiedza się tę plażę.

Na CALA S’ALMUNIA piasku prawie nie uświadczycie, ale mnogość dużych skał może Wam zapewnić miejsce do łapania witaminy D. Na plaży są też dowody na to, że mieszkańcy okolicy żyli kiedyś z łapania tego co w morzu żyje.

W zatoczce stoi sobie też domostwo – zamieszkane w dodatku wnosząc po majtach radośnie suszących  się na pierwszym planie ! Nic tylko fotki strzelać bo wygląda doprawdy zjawiskowo!

Za domem jest miła i przyjemna ścieżka (w porównaniu z bezpośrednim zejściem z „rozstaja dróg”) na drugą z naszych plaż – CALE DES MORO.

Osobiście wolę przedzierać się przez chaszcze (bezpośrednie zejście, pierwsze w kolejności od parkingu), skakać po kamieniach, przeskakiwać korzenie drzew i dostać się w ten sposób na klif górujący nad zatoczką! Widok? Jeśli ktoś nie boi się wysokości to rekompensuje WSZYSTKO!

Każdy przewodnik po Majorce  jaki wpadł mi w ręce opisujący CALO DES MORO używa w opisie słowa – „JOYA” – po staropolsku znaczy to ni mniej ni więcej jak „KLEJNOT”. Fotki tej zatoczki lądują na okładkach wydawnictw a zachwytom nie ma końca. Szczerze? Nie dziwię się. Myślę, że gdy/jeśli złapie mnie jesienna chandra to wsiądę na rower (jeździ się tu wspaniale) i popedałuję koić duszę tym widokiem.

Zabawne są opisy we wspomnianych przewodnikach dotyczące tego cudu, trafnie ukazujące specyfikę zatoczki, a mianowicie:

„Plaża, o ile istnieje, jest wyjątkowo biała i ma piękny piasek. Zawsze ma 45 metrów długości, chociaż szerokość waha się od zera do 10 metrów.”

No właśnie „o ile istnieje” 😊

W zależności od pory dnia –  albo piaseczku wspomnianego uświadczycie, albo będziecie musieli szukać miejsca (mało go) jak kozice na kamieniach. Widok dalej jak z bajki, ale jednak piaseczek robi to „COŚ”.

My wpadliśmy na plażę po serii ZDJĘĆ na klifie we wszelakiej konfiguracji SPRAGNIENI okrutnie.

Niestety już w drodze z parkingu okazało się, że co prawda środki płatnicze to my mamy, ale wszystko „w plastikach”. Kasi uspokajający tekst ze spierzchniętych ust (słońce atakowało dzień cały) „tam i tak nie ma nic” niby koił….

Ja pierdziu…FATAMORGANA? Przy samym zejściu na plażę wózek z napojami! Będziemy żyli!

Tak prawdziwego, pięknego i szczerego ŚMIECHU jakim poczęstował nas młody HIPPIS łatwo się nie zapomina. Ubawiłem Gościa tak setnie niewinnym przecież pytaniem….”można płacić kartą?”.

Cóż nam pozostało? Kąpiel? Hmmm…..

Przypominam – koniec października, słonko niby naparza, ale…

No właśnie – melduję, iż „ALE” BRAK! Woda przez SEZON nagrzała się tak, że nawet Pani Małżonka znalazła się ostatecznie w wodzie. WODA była cudowna i orzeźwiająca, temperaturą zapewne zbliżona do temperatury powietrza 😊

Po godzince spędzonej na obijaniu się i kontemplowaniu przyrody „ja jeb…..ależ tu pięknie” postanowiliśmy udać się w drogę powrotną. Trzeba przyznać, że droga „Z” zajęła nam połowę tego co droga „NA” plaże, a powód był oceńcie sami PROZAICZNY.

Bagażnik, auto, PIWO w puszce – SZTUK JEDEN! Coś mi takiego kołatało się po głowie, mózg uruchomił z dawien dawna nieodwiedzane obszary!

O ile nie jesteśmy BIROFILAMI…to smakowało WYŚMIENICIE! Ukryte przed zawistnym słońcem dało nam  niezbędną energię na powrót do domu!

 

 

 

 

 

 

 

Autor MAciek Jurkowski