Majestatyczny słoń

Jak wiecie – od kilka dni jesteśmy na feriach zimowych w Tajlandii. Jemy, podziwiamy, jeździmy i pływamy sobie po okolicy. Jak większość turystów, którzy tutaj przybyli – także i my zachwycamy się tym krajem.

Tajlandia jest porażająco zielonym miejscem. Kolejnym, w którym ludzie żyją biednie, ale są uśmiechnięci i życzliwi. Najlepsze jedzenie zjecie tutaj na byle jakim straganie za śmietnikiem. Im mniejszy i bardziej cuchnący – tym lepszy będzie pad-thai. A po zjedzonym posiłku – możecie wybrać sobie dowolny koktail z najbardziej egzotycznych owoców i poprawić jeszcze obłędnymi kokosowymi lodami.

Ale nie o tym dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć. Dzisiejszy wpis ma być o zwierzęciu, które dla Tajów jest swego rodzaju symbolem. O pięknym, wielkim, majestatycznym słoniu, którego z jednej strony wielbią …….. a z drugiej – no cóż – wykorzystują. A wykorzystują poniekąd przez nas – turystów, bo przecież 80% przyjezdnych chce ze słoniem obcować.

Ktoś powie teraz – no ok, ale przecież w Azji słonie wykorzystywało się do pracy od setek lat. I oczywiście będzie miał rację – słonie służyły człowiekowi do przewożenia ciężkich worków z ryżem czy przeprawienia się przez dżunglę. Jednakże kiedyś ich „służba” polegała na przemieszczeniu się z punktu A do punktu B i tyle – potem zwierzę odpoczywało. Dzisiaj w Tajlandii – ku uciesze turystów – słoniowi zakłada się na grzbiet (absolutnie do tego nieprzystosowany) metalową ławkę, na której sadza się czworo radosnych turystów i każe się ich nosić – często po betonie. Parę godzin dziennie. 30 dni w miesiącu. 365 dni w roku.

Kiedy jechaliśmy tutaj na ferie absolutnie nie chciałam w jakikolwiek sposób przykładać ręki do całego tego słoniowego interesu. Bałam się opisywanych w necie obrazków – wiecie jak bardzo mam hopla na punkcie zwierząt, więc przeżywałam słonie i bezdomne psy, których biegają tutaj dziesiątki. Jak zwykle na wakacjach poznaliśmy jednak Polaków, z którymi częściowo zwiedzaliśmy a wśród których była też Sandra – zagorzała wegetarianka i ekolożka. Firma, dla której Sandra pracuje ma w ofercie wycieczkę do dżungli Khao Sok, gdzie jedną z atrakcji jest kąpiel ze słoniami. Od razu zapytałam dlaczego – przecież te słonie bite i męczone ……. czy nie lepiej do jednego z sanktuariów, w których zbiera się pokrzywdzone słonie cyrkowe i schorowane?

Sandra opowiedziała mi historię, która sprawiła, że dzisiaj w Khao Sok byliśmy. Kąpaliśmy się ze słoniami, szczotkowaliśmy je a potem nakarmiliśmy bananami.  Historia skomplikowana nie jest – Sandra nie chciała przykładać ręki do przejażdżek więc znalazła alternatywę. Obcowanie ze słoniami w sposób dla nich przyjemny. Bez bicza, bez noszenia ławki wbijającej się w kręgosłup. Zarówno Tajowie jak i turyści – szybko odkryli, że ten sposób jest zwyczajnie lepszy i można na nim nieźle zarobić. Bo to też nie do końca jest tak, że te słonie mogłyby sobie beztrosko żyć na polance i nie pracować. Dorosły słoń zjada dziennie około 500 kilogramów pożywienia. Utrzymanie go zatem do najtańszych nie należy. Ale skoro można zarabiać jednocześnie nie męcząc zwierzęcia, to czemu nie?

Powiem Wam tak – pierwszy raz w życiu byłam tak blisko słonia. Pierwszy raz w życiu go dotykałam. Jest to niesamowite uczucie, niesamowity spokój bije od tych zwierząt i taka ufność w stosunku do człowieka. Mimo wszystko.

Słonie przyszły na spotkanie z nami nad rzekę, do której weszliśmy razem. Dostaliśmy szczotki, wiadra i rozpoczęliśmy słoniowe spa. Zwierzęta od czasu do czasu polewały nas wodą. My musieliśmy uważać na nadpływające ogromne kupy, zrobione w emocjach w rzece. Coś naprawdę niewiarygodnego.

Po kąpieli poszliśmy na górę i zaczęło się karmienie bananami. Nie wiem ile toreb owoców kupiliśmy, ale słonie domagały się ciagle więcej więc poszło tego sporo. Jeden z nich nie brał od nas bananów trąbą tylko otwierał paszczę i kazał wkładać je sobie na jęzor. Wiecie jakie słonie mają śmieszne języki?!?!?!?!?!

W drodze powrotnej rozmawialiśmy z Sandrą na temat słoni, farm i sanktuariów, których powstaje w Tajlandii coraz więcej. Okazuje się, że z sanktuariami trzeba bardzo uważać bo nie każde z nich jest tym – czym nam się wydaje, że jest. Na mój argument, że bez względu jak dobrze te słonie są traktowane – ciągle są jednak w niewoli – usłyszałam coś, z czym trudno mi tak naprawdę dyskutować. Tak jak my nie rozumiemy zniewolenia słoni …… tak Taj nigdy nie zrozumie jak można uwięzić psa. Psy w Tajlandii nie są bezdomne. One są wolne. I żaden Taj nie wyobraża sobie, żeby miało być inaczej. Dokarmiają je, nawet się z nimi czasami bawią. Jednak poza ich wyobrażeniem jest np. pies na smyczy, w kolczatce czy kagańcu.

Jaki z tego wniosek?  Ano taki, że łatwo nam oceniać inną kulturę i stawiać tezy. Łatwo dajemy się też oszukać prostym chwytom „marketingowym” polegającym na nazywaniu farm – sanktuariami (nie twierdzę, że wszystkie są oszukane). 

Oczywiście – ciągle nie pochwalam jazdy na słoniach. Ciesze się jednak, że dzisiaj byliśmy na tej farmie. Wiem już, że można spędzić ze słoniami czas w zupełnie inny – zdecydowanie bardziej kontaktowy sposób. Wybierając wycieczkę na słoniową farmę – sprawdzajmy zawsze w jakich warunkach zwierzęta tam funkcjonują. Nie krzywdźmy. Nie wykorzystujmy. Ale tez nie oceniajmy ….. bo w końcu nie dalej jak nad Morskim Okiem – polskie konie padają z wycieńczenia. I mimo trąbienia o tym jakie to nieludzkie …….. ciągle masa turystów wybiera tę formę transportu.

Autor Kasia