Majorka … nasz pomysł na życie!

Nie będę robić wstępów o tym, że jesteśmy znowu na Majorce …. bo skutecznie spamuję Was od kilku dni zdjęciami więc już raczej wszystko wiecie.

Tak jak wspominałam jakiś czas temu – przyjechaliśmy na mały rekonesans – skoro chcemy zamieszkać na wyspie to musieliśmy się zorientować co i jak, porozglądać się i zastanowić nad pewnymi kwestiami. Założenie było takie, że przejedziemy Majorkę z prawa do lewa i z góry na dół – popatrzymy na szkoły, na domy, na miejscowości.  Tak też zrobiliśmy – ostatnie 4 dni spędziliśmy w zasadzie w aucie 🙂 I wiecie co? Mamy zupełnie inne przemyślenia …. niż po lipcowym pobycie tutaj 🙂

Po pierwsze  – DZIECKO 🙂

Tak, tak …… wiem – napisałam, że nie przepadam ale własne jednak posiadam;) Kończy w tym roku nasza zreformowaną szkołę podstawową i tak nam się wymyśliło, że to najlepszy moment na zmianę. Ale jak się okazuje – nie jest to wcale takie mega proste. Hiszpański system nauczania jest po pierwsze troszkę inny od naszego. Policzyliśmy, że tutaj Zuzanna powinna iść do klasy 10 – czyli takiego ichniego gimnazjum.

No i wszystko byłoby cudownie ale ….. no właśnie ale 🙂

Język …… z hiszpańskim dziecię nasze do czynienia ma w szkole ….. ale znajomość tego języka ja po 3 tygodniach nauki mam chyba większą niż ona po roku. Dlatego od początku planowaliśmy posłać ją do prywatnej, angielskojęzycznej szkoły – angielski zna w miarę komunikatywnie i na pewno poradzi z nim sobie lepiej niż z hiszpańskim. Wybraliśmy sobie kilka szkół, napisaliśmy do nich maile i dostaliśmy odpowiedzi. Zajęcia, języki, baseny, sporty ………. i czesne przewyższające naukę w polskiej szkole wyższej!!! Tak tak kochani ………. takie minimalne minimum to na Majorce 1000 EUR miesięcznie! Bez obiadów, ubezpieczeń i innych tego typu. Kuuurde …… 4k polskich złotych na samą szkołę to trochę dużo. Spodziewaliśmy się, że to będzie kosztować ale chyba nie sądziliśmy, że aż tyle. Do tego jeszcze wszystkie te super prywatne szkoły, które mają nauczanie na tym poziomie (jest dużo początkujących) są w okolicach stolicy ….. a my wcale nie chcemy tam mieszkać! Oczywiście …… powiecie – przecież z takiej Alcudii do Palmy jedzie się godzinkę. My początkowo też tak mówiliśmy! Ale jak człowiek sobie pomyśli, że miałby tak sobie w tę i z powrotem codziennie doginać …… to głowa otwiera się na inne rozwiązania.

Jakie? No w końcu jesteśmy (ciągle jeszcze) członkiem UE ….. zatem może by tak młodą posłać do szkoły państwowej? Takowa jest w każdej miejscowości, wyglądają tu one całkiem sensownie …… tylko ten język! Okazuje się jednak, że może nie być tak źle! Hiszpanie bowiem podobno w takich przypadkach robią dwie rzeczy: 1. cofają dziecko o rok – żeby się obyło i nauczyło języka, 2. mogą przydzielić na pierwsze miesiące pracownika oświaty, który pomoże z językiem i lekcjami. Może więc państwowa szkoła miałaby jakiś sens? W końcu dzieci uczą się języków szybko a rok straty dla 13 latki (poszła do szkoły rok wcześniej i skończy ją w wieku 13 lat) w obliczu szansy, jaką stwarza jej życie za granicą i obcowanie z językami i kulturami – nie jest chyba tragedią?

Po drugie – miejsce 🙂

Początkowo wydawało nam się, że sens ma tylko Palma de Mallorca. Bo stolica. Bo lotnisko. Bo to jedyne miasto, które jest totalnie niezależne od turystyki – no … może nie tak totalnie ale na pewno najbardziej na wyspie. Ale wiecie co? Połaziliśmy po tej stolicy i ….. nie podooooba nam się! Jest trochę jak Warszawa – szybka, głośna i męcząca. Czy po to przenosimy się do Hiszpanii? NIEEEEE! Chcemy pięknych plaż, spokoju, ciszy, turystów. Marzy nam się spacerowanie z psami rano po urokliwych zatoczkowych plażach.

To gdzie?

Drugim wyborem była Alcudia. Razem z Port d Alcudia tworzą cudownie letni kurort, z piękną plażą, sklepikami, restauracjami, portem i promenadą. Ale poza sezonem Alcudia nie wygląda już tak fajnie. No i nie ma zatoczek, które zrobiły na nas tak piorunujące wrażenie!

No dobrze …… zatem gdzie?

I tutaj kochani pojawia się coś, czego w ogóle nie braliśmy wcześniej pod uwagę! Cala d’ Or.

O jakie to jest piękne miejsce. Typowy kurort. Białe domeczki. Knajpki, bary, domki, pięęękna marina ….. i zatoczki! 4 cudowne zatoczkowe plaże, z których każda urzeka czymś innym. Jest tylko jeden minus ….. Cala d’ Or to turystyczna miejscowość. Po sezonie podobno umiera. Ale sprawdzimy to …. bo jak się okazuje – swoich wszędzie spotkać się da! Mamy w Cala d ‚Or wtyczki i zrobimy stosowny wywiad! A poza tym ja i tak mam plan pracować zdalnie więc do szczęścia potrzebne mi są tylko internet i sklepy spożywcze. No i zatoczki. I kawałek trawy do tarzania dla Tilusi 🙂 I szkoła! Ale szkoła jest! Tyle, że państwowa 🙂

 

Po trzecie ….. pomysł na życie tutaj 🙂

Jakiś jest. Ja czynię kroki by pracować zdalnie. Mąż zastanawia się nad tym co mógłby robić. Pomysłów mamy setki. Od butiku z pięknymi sukienkami Agi Jensen, za którymi oglądają się tutaj wszystkie Niemki i Angielki po zrobienie kursu masażu – bo na takie usługi w hotelach raczej jest zapotrzebowanie. Bardzo chcielibyśmy mieć kawiarenkę przy plaży. Taką malutką, uroczą, z hamakami i pyszną kawą serwowaną od świtu. Do tego zdrowe owsiane ciastka, świeże kanapki i soki. Poranne gazetki i kojąca muzyczka.

Wiecie skąd taki pomysł? Z biegania!

Zawsze podczas wyjazdów zagranicznych biegam. Nawet ostatnio, kiedy już odpuściłam ten rodzaj treningów – raz pobiegać poszłam. Dla zasady. Dla własnej satysfakcji. Dla powrotu do początków.

Biegam zazwyczaj wcześnie rano i wiecie co? TYLKO na Malcie po takim moim wczesnorannym biegu mogłam usiąść nad morzem i napić się kawy! TYLKO tam o 7 rano było otwarte cokolwiek. Ani na Krecie, ani na Kanarach, ani na Dominikanie czy w Meksyku …… nigdzie kochani nie miałam takiej możliwości. A chciałabym. Bo nie ma nic fajniejszego niż usiąść sobie na chwilkę po treningu na świeżym powietrzu i zjeść ciacho w towarzystwie podwójnego espresso!

Niestety pomysł z kawiarnią taki prosty nie jest bo do tego – trzeba mieć naprawdę idealne miejsce – a o takie będzie trudno. Ale wiecie co? Jakoś się tym nie przejmuję …… może książkę napiszę? Pomysł nawet mam! Kupilibyście?

 

Jeszcze rok!

A nawet nie cały rok bo w czerwcu młoda skończy szkołę i chwilkę później machina ruszy. Przeprowadzka tutaj – z psami, które są za ciężkie by polecieć w kabinie samolotu – to też jest jakieś wyzwanie, które już teraz powoli rozkminiam.

Czy się boję? Jak jasna cholera!

Czy mi nie szkoda? A czego? Za chwilkę w Polsce zacznie się zima. Do pracy będę wstawała po ciemku, do biura będę docierała po ciemku i w tejże ciemności będę z niego wychodziła.  Jak co roku dopadnie mnie depresja. Będzie zimno i smutno.

Szkoda mi oczywiście tego, że zostawimy tu rodziców i przyjaciół ale z drugiej strony jak będzie fajnie ich zapraszać na wakacje! Jak będzie fajnie przyjeżdżać na święta! W dzisiejszych czasach kiedy jest skype i internet ……. rozmawiać z mamą mogę codziennie i to na wizji! A lot do Warszawy trwa 3 godziny …… w sumie to dłużej jedziemy do teściów!

Nie wiem czy za rok, za dwa …. ciągle będę do tego tak podchodzić. Nie wiem czy nie wrócimy do kraju z podkulonymi ogonami. Ale wiem, że obydwoje marzymy o tym od lat i jeśli tego nie zrobimy …… to do końca życia będziemy przemyśliwać: co by było gdyby …. a nie ma chyba nic gorszego – niż takie niespełnione marzenia.

Być może Wy macie jakieś doświadczenia w przeprowadzkach za granicę? Być może przenosiliście się z dziećmi i macie dla nas jakieś dobre rady? Chętnie poczytamy jeśli chcielibyście się z nami podzielić swoimi przypadkami.

 

 

 

 

Dodaj komentarz