Majorka …… według Niej i według Niego!

KASIA

Wszyscy, którzy śledzą chociaż troszeczkę nasze media społecznościowe – wiedzą, że od czwartku jesteśmy na Majorce.

Przylecieliśmy odebrać klucze do domu – i w sumie po nic więcej …. ale cała ta podróż była zorganizowana tak naprawdę już w styczniu – gdyż wtedy jeszcze nam się wydawało, ze kwiecień to przecież odpowiednia pora na szukanie tutaj miejsca do życia.  Nasze plany szybko musiały zostać zweryfikowane i tak oto dzisiaj piszę dla Was posta z własnego majorkańskiego łóżka!

Majorka przywitała nas rześko ….. chłodnym porankiem, nocą podczas której nieco zmarźliśmy i nawet ulewnym deszczem, podczas oglądania piątkowego meczy Liverpoolu. Przywitała nas tez ogromną serdecznością i gościnnością, na którą chyba nie do końca byliśmy przygotowani.

Ale po kolei!

Zacząć muszę niewątpliwie od podróży Ryanairem we czwartek bo ta – była jakimś kosmicznym przeżyciem.

Dwie grupy integracyjne, wędrówki po samolocie podczas startu i lądowania, totalne pijaństwo i wyluzowanie. Połowa ludzi chciała się z nami zaprzyjaźniać Jakieś dziewczyny podrywały mi męża, po czym radośnie przerzuciły się na mnie. Wysłuchiwaliśmy opowieści młodego chłopaka, który to pierwszy raz gdziekolwiek leciał i co chwila całował swoją obraczkę (WTF) ….. jednym zdaniem – rozrywek nie brakowało!

Ten lot uświadomił nam na pewno, że podróż na Majorkę dla większości ludzi jest wypadem na wakacyjne szaleństwo i chyba musimy się przyzwyczaić do tego, że lecimy w tłumie rozluźnionych i szukających wrażeń turystów, którzy średnio rozumieją, że nie będziemy z nimi pić bo za 2 godziny musimy wsiąść do samochodu. Z jednej strony to oczywiście urocze – przede wszystkim – bardzo schlebia nam fakt, że robimy chyba mega pozytywne wrażenie na obcych. Z drugiej …. kiedy człowiek pomyśli, że  każdy lot do kraju i z powrotem (a latać będziemy musieli ze względu na pracę) ma tak wyglądać – czuje lekki powiew przerażenia na twarzy 😉

W piątek rano mieliśmy spotkać się z naszym Juanem w sprawie odbioru kluczy.

Ponieważ już w toku załatwiania spraw zaczęliśmy korespondować z jego polską pracownicą Ewą – troszeczkę oczekiwaliśmy, że pojawi się ona także na tym spotkaniu. Nie myliliśmy się – Juan to człowiek bardzo akuratny i problemy komunikacyjne wynikające z naszej ciągle jeszcze słabej znajomości hiszpańskiego ( i jego praktycznie zerowej – angielskiego) uwierały go jak widać dosyć mocno . Ewa okazała się fantastyczną dziewczyną, ale to co nas totalnie rozwaliło to podejście samego Juana do naszych skromnych osób. Dom był świeżo wysprzątany i odmalowany. W kuchni pojawiła się nowiutka płyta gazowa (dzięki Bogu bo poprzednia była jakaś przedpotopowa), nowa mikrofalówka i zlew. Odbiór poszedł dość szybko i nagle okazało się, że nasz drogi majorkański znajomy chciałby nas jeszcze zabrać na wycieczkę do biura, by nam przedstawić swoją córkę i brata. Zdziwiło nas to w sumie ale cóż …… lepszych planów nie mieliśmy a z Juanem trzeba dobrze żyć bo nigdy niewiadomo do czego nam się tutaj taki gość może przydać. Tym bardziej, że prowadzi na Majorce jedną z największych prywatnych firm transportowych! Pojechaliśmy zatem do biura, poznaliśmy całą rodzinę, pokazano nam mapę Cala d Or sprzed 30 chyba lat a na aktualnej – rozrysowano nam miejsca, warte odwiedzenia. Juan co chwila podkreślał, ze jeśli czegokolwiek będzie nam trzeba to, żebyśmy do niego pisali a tak w ogóle to może trzeba nas gfzieś podwieźć albo w czymś pomóc.

Serdeczności było moi drodzy tak dużo …… że w pewnym momencie chcieliśmy z tego biura uciec 😉 co udało się ostatecznie dzięki ….. Ikei !!! Planowana dostawa mebli przyjechała nadzwyczaj punktualnie, musieliśmy więc uciekać do domku. Oczywiście nie spodziewaliśmy się, że to nie koniec ciepłego powitania. Po jakiejś godzinie dopadł nas w domu brat Juana (który jest jednocześnie naszym sąsiadem) a nie dalej jak 30 minut po nim – pojawił się Juan, który postanowił koniecznie zawieźć nas na obiad do portowej restauracji, gdzie zostaliśmy posadzeni przy stoliku z pięknym widokiem  a obsługiwał nas chyba sam właściciel. Najdziwniejsze było jednak to, że kiedy już nas Juan zostawiał  w tej knajpie – postanowił wycałować się ze mną na pożegnanie, jakbyśmy conajmniej byli starymi znajomymi. Nie muszę Wam chyba mówić jaką miałam minę? Lepszą jednak mieliśmy obydwoje przy płaceniu dziwnie niskiego rachunku … jak widać nasz gospodarz naprawdę wczuł się w swoją rolę 😉 A coś nam mówi, że się jeszcze zobaczymy przed wylotem …..

Tym bardziej …… że od soboty nocujemy już w naszym pięknym domu!

Oczywiście rozsadzało nam dupy już w piątek, ale nie mieliśmy ani poduszek, ani ręczników ……. Spędziliśmy zatem drugą – i ostatnią noc – w wyjątkowo słabym hotelu Gavimar Ariel Chico, który nie mógł nam nawet zaoferować w miarę stabilnego internetu a w sobotę rano pognaliśmy do Palmy na zakupy!

Koce, poduszki, ręczniki, jakieś podstawowe środki czystości, papier toaletowy ….. niewiele nam było tak naprawdę potrzeba, by się przenieść na własne śmieci. Sobotni wieczór spędzaliśmy już w naszej własnej sypialni ciesząc się widokiem …… ale wtedy poznaliśmy naszego dzikiego lokatora …… MRÓWKI 🙂

Najwidoczniej urządziły sobie w naszym przedpokoju szlak przerzutowy bo wierzcie mi …… były ich dziesiątki. W ruch poszedł domestos, zaczęliśmy zaklejać dziurki, przez które wydawało nam się, że wchodzą. Ojjjjj  trwało to trochę ale w końcu pozbyliśmy się wszystkich. Niestety nie na długo …… kilka godzin później zgrabnie omijając miejsca pokryte chlorem – mrówki dalej wędrowały radośnie po naszym przedpokoju. W nocy kiedy wstałam do toalety pojawiły się znowu ……. I tak dzisiaj rano podjęliśmy decyzję o zakupie profesjonalnej broni, która to jak dotąd (jest 20:20 i znalazłam jedną żwawą mrówkę) działa.

Oczywiście w międzyczasie zrobiłam już doktorat w temacie „jak się pozbyć mrówek z domu”, a gdyby nie fakt, że nie mamy żadnego noża – mielibyśmy już przy podłodze w przedpokoju całkiem nowy silikon 😉

Ale żeby nie było tak kolorowo – zostałam już dzisiaj pocieszona, że niebawem pojawią się także karaluchy! I w sumie byłam na to przygotowana bo to w końcu wyspa – ale na wypadek wszelki trucizny na karaluchy spoczywają już w strategicznych miejscach 😉

Oczywiście ostatnie kilka dni to nie tylko Juan i Ant-Man 🙂

Z racji braku wyposażenia kuchni – intensywnie zwiedzamy okoliczne miejscówki. Wczoraj znaleźliśmy fantastyczne spagetti con mariscos, zajadamy się przepysznymi boquerones i jestem już całkiem blisko zdobycia przepisu na tutejszy dodatek do chlebka, który przypomina tzatziki. Ponadto wiemy już gdzie w Cala d Or obejrzeć ligę angielską, poznaliśmy uroczych Niemców – właścicieli maleńkiego lokalu specjalizującego się w bundeslidze – no i namierzyliśmy śmieszny sklepobazar, gdzie można kupić dosłownie wszystko – od skarpetek po silikon i pistolet do niego!

Łazimy sobie po (niebawem) naszych uliczkach – zaglądamy do sklepów (jest jeden boho), zachwycamy się wyjątkowo przejrzystym powietrzem, poznajemy ludzi i nieustannie wsłuchujemy się w szum morza, uderzającego o klify koło domu.  Nie możemy się doczekać kiedy będziemy tu już wszyscy razem – z młodą i psami. Kiedy dom wypełni się życiem, śmiechem, zapachem kadzidełek i szczekaniem Tili, ganiającej za piłeczką (no dobra – gania Jett a ona się tylko drze). A wszystko to przy akompaniamencie tego cudownego szumu …….. czy ja już mówiłam, że kocham to miejsce? 😀

No dobra ….. idę sprawdzić stan mrówek!

 

MACIEJ

W przygotowaniach do naszego wylotu tradycyjnie nie brałem udziału – konsekwentnie uznaję to za terytorium Kasi i wyjątkowo mi z tym dobrze!

Zupełnie nie rozumiem tego bukowania, pakowania i umawiania się 🙂 

Heroicznie sprawdziłem, że lotnisko w Modlinie (nasz pierwszy lot stamtąd) posiada parking, którego nie ma potrzeby rezerwować i dumny jak paw uznałem, że to mnie właśnie powinien przypaść tytuł „logistyk roku” – zatem tuż przed wyjazdem…„krótkie spięcie”, jakieś tam uwagi o braku zaangażowania, zainteresowania itd.

Lotnisko jak lotnisko, kameralne takie, wkurw…..mnie tylko okrutnie bo od 4 tygodni nie jem zwierząt, a tu w menu brak jakiejkolwiek strawy dla takiego kombinatora jak ja – w dodatku schabowy wyglądał obłędnie na talerzu KATARZYNY (mówię tak do/o niej jak jestem zły), a Ona dodatkowo jak to Ona jadła całą SOBĄ z charakterystycznym dla Niej entuzjazmem :).

Sam LOT? Historia na odrębną opowieść!

Lataliśmy już bardzo daleko, gdzie po pewnym czasie ludziom z zasady robi się nudno i szukają różnorakich rozrywek i DŹWIGNI, które aż wołają swym czerwonym ubarwieniem – „pociągnij mnie GŁUPCZE”!!!

Dla przypomnienia lot w relacji MODLIN-PALMA +/- trwa 3 godziny…nagrzani byli mam wrażenie wszyscy poza mną i Paniami Stewardessami.

Póki samolot jako suma pasażerów jako tako kontaktował zlokalizowałem ze 4 odrębne grupy udające się na integrację – widać było, że wszyscy bez wyjątku zaangażowali się w te projekty – z każdą chwilą poziom zatracenia się w dążeniu do jeszcze większej bliskości coraz bardziej mi imponował – TEAM SPIRIT level masterpiece!!!

Ha! W pewnym momencie stałem się obiektem westchnień bardzo miłej Pani, która jakoś kompletnie nie była przejęta bliskością mojej ŻONY (mam wrażenie, że ją to jeszcze bardziej dopingowało), a gdy odrzuciłem te konkury…zaczęła bez jakiejkolwiek krępacji podrywać KASIĘ.

Obsługa hiszpańskojęzyczna pozwoliła mi dzięki stałemu powtarzaniu przyswoić kilka ciekawych przymiotników, które kierowała pod adresem naszej radosnej czeredy.

Tytuł KRÓLA LOTU przypadł bezdyskusyjnie Panu, który koniecznie chciał kupić swojej Pani perfumy na co wściekle stanowczo nie zgadzały się JEGO Koleżanki z obawy, że je wypije (wcześniej obsługa zarekwirowała mu alkohol).

Po mediacjach, wielopłaszczyznowych negocjacjach  jak przy BREXITcie, Pan dostał zgodę od Koleżanek i….usiłował dokonać zakupy staropolską metodą „NA ZESZYT”.

Oczy wybałuszałem w wielkim upodobaniu dla doboru argumentacji, zaimponował mi walką, nie mogąc się dogadać rzucił ostatecznie na szalę swój rosyjski „no szto, na tetradź” – dla takich chwil warto żyć!!!

Chyba nieźle mi szło z obsługą skoro jedna z pasażerek poprosiła abym na lotnisku pomógł JEJ z….wynajmem auta „bo Ona z Koleżankami musi gdzieś podjechać” – Kobieta mówiąc to wzrok miała nieobecny, oddech 40 %towy, a kiwała się jak podczas sztormu na Zatoce Biskajskiej 🙂

Teraz będzie już tylko SMUTNIEJ…zamiast wprowadzenia stwierdzę, że już na nikogo nie można liczyć!

Najpierw JUAN, właściciel SZALETU (chalet to po hiszpańsku willa :)), który wynajęliśmy na najbliższy rok…przyszedł 3 minuty przed UMÓWIONĄ GODZINĄ spotkania! ROZCZAROWANIE numero UNO! W moim wyobrażeniu miał się spóźnić ze dwie doby 😉

Co więcej przyprowadził na spotkanie swoją PRACOWNICĘ, Polkę, która pomogła nam przełamać ciągle istniejącą barierę językową, okazała się w ogóle bardzo POMOCNĄ, mega pozytywną OSOBĄ (ja się pytam gdzie ten hiszpański bałagan? słaba organizacja?) ROZCZAROWANIE numero DOS!

Ostatecznie „nadzieja umiera ostatnia” – ha, mam ich – DOSTAWA MEBLI Z IKEA MALLORCA.

Przez DWA tygodnie po zakupie mebli Kasia próbowała uzyskać potwierdzenie, że zgodnie z zamówieniem dostawa i montaż mebli będzie miał miejsce 5 czerwca około 12tej.

Co Ją to nerwów kosztowało, telefonów, maili itd.

I co?

Kurwa….dwóch sympatycznych Majorkańczyków KILKA MINUT przed południem zaparkowało auto przed domem, przywieźli to co zamówiliśmy (sic!), złożyli, posprzątali po sobie ślicznie i pojechali….

Próbowałem „wziąć ich podstępem”, zaproponowałem wspólny posiłek, przerwę, zagadywałem a Ci…pracowali! ehhhhhhh….ZAWÓD numero TRES….

Co do pozytywów?

MNÓSTWO!!!

  • Juan, jego EKIPA cała (zabrał nas do siedziby swojej firmy przedstawił Bratu i Córce, którą moja ŻONA z wrodzonym Jej wdziękiem „pojechała”przy okazji) , to jak ONI postrzegają GOŚCINNOŚĆ, to jak angażują się żeby pomóc…no szok!
  • LUDZIE, których po prostu spotykamy, i którzy po prostu są MILI i pomocni (nawet NIEMKA, w której lokalu klasyk meczyk  BAY-BOR oglądaliśmy na pierwszy rzut oka – no wypisz wymaluj ASYSTENTKA ADOLFA H. – przerobiła z nami cały system edukacji w HISZPANII, analizę SWOT jebła jak ta lala 🙂
  • POGODA…mimo opadów i zimnych wieczorów i poranków
  • Papu wszelakie!
  • WIDOK za OKNEM (żeby za dużo nie mówić ,a dobrze wyrazić uczucia to – DUPĘ URYWA jak dobry Kebab przy wypróżnianiu…)

Za DWA miesiące wracamy już na stałe (Dziecię nasze musi skończyć edukację, chociaż ONA twierdzi, że to nasz PRZESĄD :)) i tak sobie myślę, że fajnie będzie się z WAMI dzielić spostrzeżeniami dotyczącymi naszej egzystencji TUTAJ? Co sądzicie?

Autor Kasia