Najtrudniejszy pierwszy krok – czyli jak rzuciłam etat?

W pewnym wieku zaczynamy się wszyscy zastanawiać czy tak naprawdę lubimy nasze życie. Niby mamy rodzinę – zdrową i fajną. Niby mamy niezłą pracę. Niby fajne mieszkanie.  Ale jednak żyjemy w pędzie, w którym nie cieszymy się tym wszystkim. Nie mamy siły i nie odnajdujemy już w sobie przekonania, że takie życie jest fajne.

Znacie to?  Znacie taki moment wieczorem, kiedy gapicie się w Netflixa i myślicie sobie, że ten mijający tydzień był dokładnie taki sam jak poprzedni i poprzedni. W pracy wszystko Was wkurza – szef, który płaci Wam miliony monet, nie słucha co do niego mówicie. Nie macie czasu, który tak naprawdę moglibyście spędzić z dzieckiem – bo między pracą a domem próbujecie jeszcze zmieścić swój trening , zakupy i inne obowiązki.

Kiedyś mówiłam Wam o tym, że się da. Bo oczywiście się da. Zaplanować, poukładać, znaleźć moment dla siebie i być szczęśliwą. Tyle, że ja w swoim 40 letnim życiu doszłam do takiego miejsca, że o ile nawet ja jestem szczęśliwa …… to mój mąż pracujący od rana do nocy – zwyczajnie chyba nawet nie ma czasu, aby się nad tym zastanowić.

I bardzo często tak jest – w pogoni za stanowiskami, pieniędzmi, lepszym mieszkaniem i fajnymi rzeczami – tracimy umiejętność czerpania z tego wszystkiego radości.

Wiecie kiedy my to zobaczyliśmy bardzo dosadnie?

Kiedy na Dominikanie poznaliśmy Krzyśka – przewodnika, po 40stce, który w Polsce tak się zaharowywał ….. że ostatecznie rozwiódł się z żoną, z która ma dwoje dzieci. Stanął pod ścianą i podjął decyzję, że musi coś zmienić. Rzucił wszystko i kilka tygodni później uczył się oprowadzać turystów po Dominikanie.

Brzmi jak tania, książkowa historia? Trochę tak ….. tylko, ze ta akurat jest prawdziwa. Krzysiek nie zarabia kokosów (chociaż w sumie literalnie to może je sobie zrywać z drzew). Przestał gromadzić rzeczy. Żyje!!!! Jest szczęśliwy!!!!

Jego historia wywołała u nas refleksję, o której na początku nie rozmawialiśmy. Każde z nas o tym myślało, ale żadne nie miało odwagi powiedzieć głośno.

Wyszło szybciej niż można by się spodziewać i od tamtej pory ta myśl w nas rośnie, rozwija się, ewoluuje. Majorka okazała się być jej „produktem końcowym”. Ukształtowanym planem, który ma mnóstwo niewiadomych, ale też jest naprawdę gruntownie skalkulowany.

O tym co i jak już Wam wstępnie pisałam. Ale ….. kiedy przeprowadzka do kraju, w którego języku nie potrafisz powiedzieć ani słowa – staje się realnym planem – musisz przemyślenia przełożyć na realne działania.

Dla mnie pierwszym krokiem była rzucenie pracy na etacie i uruchomienie własnego biznesu.

Od razu zaznaczam – od 5 lat pracowałam na zasadach b2b, więc cała ta zabawa z otwieraniem działalności gospodarczej i jej rozliczaniem nie była tutaj w ogóle jakimkolwiek problemem(ale też jeśli musicie ją założyć to wierzcie mi – nie ma w tym żadnej, ale to dosłownie żadnej filozofii). Problemem Kochani była moja psychika. Porzucenie ułudy bezpieczeństwa, wystawiania jednej – pokaźnej faktury za swoje usługi, konieczność zdobywania klientów.

No i przede wszystkim oferta! Decyzja czym się zająć, co umiem i co sprawia mi przyjemność, co mogę zaoferować innym i to zaoferować ZDALNIE? Nie sztuka przecież przeprowadzić się na Majorkę i robić rzeczy, których nie znoszę.

TUTAJ akurat poszło mi dość szybko. Wiem co kocham. Wiem w czym jestem dobra. Wiem, co zrobić by się w tym rozwijać! Usiadłam i przygotowałam plan: gdzie w kontekście profesjonalnym jestem, gdzie chcę być, co muszę zrobić, by to się zadziało.  Jeśli macie kłopoty z ustalaniem takich celów i ich realizacją to mogę Wam z czystym sumieniem polecić sklep Pani Swojego Czasu, gdzie znajdziecie chyba narzędzia do wszystkich aspektów planowania. Sama korzystam. Mimo, iż na początku bardzo sceptycznie podchodziłam do tych „kart pracy” 🙂

 

CO JEDNAK DALEJ?

Ojjjj długo dojrzewałam do tego pierwszego kroku, jakim w moim przypadku było wypowiedzenie. Długo myślałam, odwlekałam, przygotowywałam się. Przełomowym momentem była chyba rozmowa z naszym znajomym (znacie go z mojego fanpaga) Maksymem, który powiedział „Marnujesz 10 godzin każdego dnia na coś, co jest dla Ciebie bez przyszłości, jeśli naprawdę chcesz się przeprowadzić.” Pamiętam, że odłożyłam wtedy słuchawkę i dotarło do mnie – ON MA RACJĘ, JA PO PROSTU MUSZĘ TO ZROBIĆ – bo jeśli nie to całe to moje gadanie o Majorce …… będzie tylko kolejnym, niezrealizowanym marzeniem. A ja bardzo nie chcę, aby tak było. Chcę spróbować żyć tak, jak mi się wyśniło. Nawet jeśli miałoby się okazać, że rzeczywistość jest od tego snu daleka …….

Zatem …. RZUCIŁAM PRACĘ!

Od 1 stycznia pracuję na własny rachunek. Sama muszę zdobyć Klientów. Muszę wyszarpać sobie ten mały justkatowy kawałek rynku. I wiecie co? Robię to. Biegam na spotkania. Skonstruowałam chyba pierwszą w moim życiu ofertę. Wysyłam maile, poznaję ludzi. Okazuje się, że kiedy wiesz co masz do zaoferowania, wiesz z kim chcesz pracować i podejmujesz działania …… to się da 🙂 Nie twierdze tu wcale, ze jest lekko, łatwo i przyjemnie. Nie jest. Uczę się planować dni, tygodnie a nawet ROK. Nie w sensie biznesowym – bo to akurat robiłam od 13 lat dla innych 🙂 Uczę się siebie i walczę każdego dnia. Głównie z moimi myślami i obawami. Czy się uda? Czy dam radę? Czy zarobię?

Ale mam kolosalną motywację do działania. Mój „mallorcan dream”. Czy się spełni?

Zaglądajcie na bloga regularnie i sprawdzajcie! Bo na pewno będę o tym jeszcze dużo pisać!

komentarze 2

Dodaj komentarz