Nasze pierwsze Święta na Majorce – opowieść na dwa głosy

KASIA

Tych świąt bałam się bardzo. Po raz pierwszy w życiu z dala od „domu” (aczkolwiek, kiedy teraz myślę „dom” – to myślę o Majorce) i od rodziców. Po raz pierwszy w totalnie innym miejscu i w innym stylu. No i tak naprawdę sami – bo większość naszych majorkańskich znajomych wyjechała na święta do Polski. 

Od początku wiedzieliśmy, że będzie inaczej. Mimo, iż naczytałam się na różnych portalach i blogach o tym jak tutaj wyglądają święta …. znajomi słysząc te rewelacje patrzyli na mnie jak na wariatkę. „Pasterka? Uroczysta kolacja? Nieeeee …… nie słyszeliśmy o tym”.

Wigilia na Majorce nie jest taka ważna jak w Polsce.

Przede wszystkim 24 grudnia Majorkańczycy pracują często do 19.  Owszem …. jedzą kolację, często rodzinnie …. ale nie jest to taka uczta, do jakiej my Polacy przywykliśmy. Normalna kolacja – może trochę bardziej wystawna. Krewetki, ryby, wino.  Po kolacji tutejsi lubią spotkać się z resztą rodziny i przyjaciółmi gdzieś w barze albo w jednym domu. Choinki raczej nie ubierają – generalnie dość ciężko na Majorce dostać żywą choinkę – mimo, iż dekoracje świąteczne (i to nie tylko w Palmie ale tez w mniejszych miasteczkach) są bardzo ważnym elementem okresu świąt.

W naszym Cala d Or nie widziałam tłumów zmierzających do kościoła na pasterkę (a z kolacji wracaliśmy o północy dokładnie). Podobno inaczej wygląda to w Palmie, ponieważ tam uroczysta pasterka odbywa się w katedrze La Seu. O północy tłumy wypełniają kościół, a na zewnątrz – dla tych którzy się nie zmieścili – wystawiane są grzejniki zewnętrzne. W sumie …… to się nie dziwię. Sama bym na pasterkę do katedry poszła! Chociażby po to, by zobaczyć jak to wygląda. 

Po mszy ludzie zapełniają liczne kawiarnie i bary w Palmie. Tutaj spotykają się z przyjaciółmi i delektują tradycyjną gorącą czekoladą, coca de Nadal (pikantne plastry ciasta ze smażonymi warzywami), bunyolas i innymi tapasami. 

Podobno! Bo na własne oczy tego nie widziałam!!!

Jeśli chodzi o prezenty – na Majorce dzieci dostają je 5 stycznia. Nie przynosi ich przecież święty Mikołaj a trzej Królowie. Maluchy z Majorki kładą tego dnia na parapecie but wypełniony sianem i listę życzeń, a często także dzbanek z wodą. Chodzi o to, by wielbłądy przechodzące przez dom dostały coś do jedzenia, a w zamian królowie zostawią  prezenty.

A jak to było u nas?

My w tym roku połączyliśmy tradycję polską i majorkańską. 

Choinki nie mieliśmy ….. zbyt późno dowiedzieliśmy się gdzie kupić prawdziwą, a sztuczne oferowane przez Chińczyka były tak sztuczne, że wyglądały raczej jak z komiksu.

Z Polski udało nam się przywieźć nasze prezentowe SKARPETY (udało – bo w dziwnych okolicznościach zaginęły nam dwa kartony – w tym jeden ze świątecznymi ozdobami), które zawisły radośnie przy kominku, pilnowane przez dwa skrzaty (których zakup przewalczyłam z Maciejem w Mercadonie).  Mieliśmy świece, stroik, znaleziony w kwiaciarni i złoto-czerwone badyle – ozdobione ledowymi lampkami.

Ponieważ od początku planowaliśmy zjeść wigilijną kolację w restauracji – nie szykowaliśmy się jakoś specjalnie do świąt.  Sytuacja zmieniała się jednak dość dynamicznie – na tydzień przed Wigilią okazało się, że nasza ukochana knajpa jest zamknięta ….. pomknęłam zatem do Palmy – do polskiego sklepu, by zakupić kapustę, masę makową i susz na kompot. Grzyby na zupę przywiozłam z Polski. O pierogach nie wspomnę ……. 8 kg, historia z nadbagażem …….. znacie tę komedię z moich Insta Stories!

W każdym razie dzielnie wzięłam się za gotowanie (no dobra – mikro-gotowanie bo wszystko powstało w ilościach na osób 3, a nie 100). Zupka grzybowa, kapusta wigilijna, kompocik z suszu …… nawet makowiec zrobiłam! A co! Aby naszej domowej tradycji stało się zadość – były też pierniczki (Zuza zabrała nawet do szkoły, czym zrobiła furorę i coś tak myślę, że 6 stycznia będę piekła jeszcze raz) oraz piernikowe biscotti. Jak zawsze – przyozdobiliśmy też goździkami kilka pomarańczy!

Na dzień przed Wigilią – w całym domu pachniało świętami! Wtedy też okazało się …… że na kolację jednak pójdziemy do restauracji, którą znalazł nasz znajomy:)

Sprzątanie? Nie powiem ….. poodkurzaliśmy (jak każdego dnia), umyliśmy podłogę (jak co tydzień) … no i zmieniliśmy pościel na świąteczną. Testu białej rękawiczki na bank byśmy nie zaliczyli 😉 Zamiast wielkich przygotowań woleliśmy pojechać w weekend na plażę, gdzie zdobywałam swoje pierwsze lotnicze umiejętności w ramach obsługi nowo zakupionego drona.

Przedświąteczny tydzień minął na pełnym luzie – i nawet jeśli przy akapicie o gotowaniu odnieśliście inne wrażenie …. wierzcie mi – nie wpadliśmy w świąteczny szał. Całe gotowanie zajęło mi może ze 3 godziny, a poza tym oglądaliśmy seriale, świąteczne filmy typu Love Actually i trenowaliśmy. 

Ogłaszam wszem i wobec – Da się!!!! Da się nie zwariować przed świętami 🙂

Jak spędziliśmy nasze pierwsze majorkańskie święta?

Wigilia?

Poranny trening, kilka videorozmów z rodzicami i przyjaciółmi,  drobne prezenty w skarpetach, totalne lenistwo na kanapie. Na 20.00 poszliśmy do portu na kolację, którą zjedliśmy ze znajomymi, gadając o wszystkim i o niczym – nie dotykając tematów polityki czy finansów. Restauracja była pełna ludzi (nawet się zastanawialiśmy skąd oni się wszyscy wzięli). W tle grała jakaś tam muzyka (wcale niekoniecznie świąteczna). Piliśmy winko, zjedliśmy pyszną rybkę (mimo, iż na Majorce w Wigilię wcale się nie pości!!!!!!). Nawet nie wiemy kiedy minęły 3 godziny ……. 

W pierwszy dzień świąt tez poszliśmy na obiadek! Tym razem do naszego ukochanego Porto Cari. Znowu ze znajomymi. Znowu bez spiny, na pełnym luzie …. i co ważne – w pełnym słońcu! Ubrana w letnią sukienkę z odsłoniętymi ramionami – zaczęłam marznąć dopiero koło 17, kiedy to wylądowaliśmy na polu golfowym Vall D’Or, gdzie podziwialiśmy panoramę Cala d Or skąpaną w kolorach zachodzącego słońca. Potem kawka u nas …… w końcu w ruch poszedł makowiec i piernik! Yeeeeees 🙂 

Drugiego dnia świąt mieliśmy zaplanowanych gości. Cudowna polsko – hiszpańska para, która poznaliśmy już jakiś czas temu. Oto nadszedł ten dzień, kiedy mogłam popisać się moim świątecznym gotowaniem. Zamówione z Polski wędlinki robiły furorę. Pierogi i kapusta także! Uffff….  Gadaliśmy o książkach, tradycjach, ćwiczyliśmy nasz hiszpański (w końcu mieliśmy okazję porozmawiać z kimś tak po prostu, bez stresu i na luzie). Po kilku godzinach dołączyli do nas nasi towarzysze z Wigilii. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrobiła się 16. 

Mimo moich obaw …… muszę powiedzieć, że te święta – inne niż wszystkie dotychczasowe – były naprawdę cudowne. Niespieszne. Słoneczne. Pełne śmiechu i pozytywnej energii. I nie – nie mówię, że do tej pory dobrej energii nie było. Ale w Polsce święta wiążą się z jakimś totalnym pędem, którego tutaj kompletnie nie odczułam. Odpoczęłam. Chyba po raz pierwszy w dorosłym życiu mogę to powiedzieć o świętach. Nic nie musiałam. Było jakoś tak …. po prostu 🙂 Mam nadzieję, że za rok …. tak po prostu będą z nami tez nasi rodzice!

MACIEJ

Przez ponad czterdzieści lat obecności na ZIEMI nigdy ŚWIĄT grudniowych nie spędzaliśmy poza POLSKĄ. Ba…nigdy nawet nie zdarzyło się abyśmy skorzystali z gościnności jakiegoś HOTELU czy zaproszenia Przyjaciół – obżarstwem grzeszyliśmy w swojskich „czterech ścianach” RODZICÓW, Rodzeństwa a ostatnie lata w naszych skromnych progach. Jeździć przez pół Polski między jednymi a drugimi Rodzicami nam się po ludzku nie chciało (a Rodzice też coraz starsi i słabsi do tych przygotowań ☹) PSY, które stale coś kombinują,  no i na koniec „mieszkanie duże, zróbmy u nas”.

Te ostatnie lata szczególnie dały mi „w kość”– najpierw całe te przygotowania – sprzątanko przypominające zasięgiem akcję „posprzątajmy Ziemię i pół galaktyki”, ZAKUPIORY (ilości hurtowe dóbr wszelakich), w KASI pomimo widocznej walki wewnętrznej zawsze  prędzej czy później budził się cały ten INSTYNKT „muszę jebnąć święta co się zowie”, na finiszu przygotowań jakaś szanująca się  AWANTURA o cokolwiek („jak to nie wiesz, że jest mi potrzebny ku…..CZĄBER – przecież to OCZYWISTE, zawsze go używam, niczego nie doceniasz” itd. ) 

Jak już obiecałem sobie, że nie podzielę się OPŁATKIEM z moim PRZEŚLADOWCĄ Katarzyną J. pojawiali się pierwsi goście…

A potem już CYKL powtarzalny jak w „CHŁOPACH” pory roku – nakrywanie stołu, konsumpcja, zmywarka, ekspres do kawy, nakrywanie stołu, konsumpcja, zmywarka, kawa, spacer z BYDLAKAMI (piękna chwila oddechu) – i tak dni KILKA.

Muszę oddać MAŁŻONCE sprawiedliwość – z biegiem lat AKCENTY organizacji „olimpiady gastronomicznej” przesuwały się z pozycji: MUSI BYĆ PERFEKT na stanowisko SPĘDŹMY TEN CZAS FAJNIE, ale  tempo tych zmianmoim zdaniem należałoby przyśpieszyć😉

Półśrodki nas nie interesowały nigdy i poszło „z grubej rury” – przeprowadzka na WYSPĘ w połowie roku 😊

Nawet się nie zorientowałem kiedy czas minął (pomogła mi w tym AURA jesienno-zimowa – 20 stopni na termometrze, kąpiele w morzu w listopadzie czy korzystanie wciąż z letniej garderoby) i trzeba było rozpocząć MANEWRY „ŚWIETA 2019”!

Na pierwszy ogień poszła APROWIZACJA – zdaniem SZWEJKA i CLAUSEWITZA wojny wygrywa się zaopatrzeniem 😉

Od września każdorazowa bytność moja w starym kraju wiązała się ze zdobywaniem produktów spożywczych, które na MAJORCE są albo niedostępne albo drogie okrutnie.

UWIELBIAM latać z bagażem podręcznym, ale mogłem o tym zapomnieć! Walizkę wypełniały coraz bardziej zdaniem moim abstrakcyjne produkty…

Jednak nie mogę narzekać…KASIA na początku grudnia poleciała w biznesach do kraju, a wracając w ekwipunku miała m.in. …8 KILOGRAMÓW pierogów mojej TEŚCIOWEJ! Można? Można!

Potem też było ciekawie:

– w PALMIE jest sklep polski, z którego KASIA przywiozła kapustę kiszoną, susz na kompot (nienawidzę!buee), masę makową i ćwikłę (to akurat kocham amciać)

– na WYSPIE są niemieckie sieci ALDI i MUELLER – wurszty i insze cuda na święta – obecne!

– trafiliśmy do sklepu z gadżetami świątecznymi, prowadzonego przez CHIŃCZYKÓW – 45 minut chodzenia po magazynie i bronienia się przed wybuchami śmiechu – zaliczone

– ostatecznie w jakiejś kwiaciarni dokonaliśmy zakupów ozdób i stroika – doszliśmy do wniosku, że CHOINKA w tym roku nie zagości w naszym domostwie.

– wędlinki przyleciały do nas z PODLASIA – zamówione w necie, hermetyczne 6,5 KG 😊

Gotowanie?

Kompletnie poza mną – Kasia na mega luzie, nawet nie wiem kiedy przygotowała kapustę z grzybami i śliwkami (???), zupkę grzybową, ciasta ze DWIE sztuki.

Spreparowała moja Pani Małżonka  również GRZANE wino…pewnie pod ten mróz za oknem? 😉

Sprzątanie obejścia i ruchomości.

Zmiana w tym obszarze również odnotowana – co prawda zostałem przymuszony „ZŁYM SPOJRZENIEM” wiadomo KOGO do umycia okien, tarasy posprzątałem z rozpędu, podobnie było z kuchnią, ale reszta…na wyczuwalnym spokoju ogarnęliśmy temat bez INWEKTYW zbędnych 😊

Nawet o posprzątaniu auta jakoś tak zapomnieliśmy…

Co do przebiegu samych ŚWIĄT to mogę powiedzieć – PODOBAŁO mi się!

24 grudnia na Majorce to dzień…przed świętami 😊

Wszyscy koszą trawniki, robią jakieś niespecjalnie wielkie zakupy i pracują w normalnych godzinach.

My wieczór wigilijny spędziliśmy ze ZNAJOMYMI Rodakami w jednej z niewielu otwartych restauracji w naszej mieścinie. O 20tej weszliśmy do lokalu przystrojeni w ROGI renifera, czapę MIKOŁAJA i…byliśmy najbardziej świątecznym akcentem w knajpie pełnej LUDZI!

Będę utrzymywał do końca moich dni, że z głośników leciało „świąteczne” ZZ TOP!

Papu doskonałe – rybki i owoce morza głównie, ale MIĘSO również obecne bez jakichkolwiek ograniczeń.

Wieczerzaliśmy godzin kilka racząc się winem, zajefajnym, ciekawym Towarzystwem i dobrą KONWERSACJĄ – jako, że KASIA dawno nie chodziła w szpilkach drogę powrotną odbyła „na boso” 😊

Pierwszego dnia ŚWIĄT hitem dla mnie byli Panowie, których spotkaliśmy zmierzając do kolejnej knajpki gdzie z naszymi wigilijnymi Towarzyszami byliśmy umówieni na obiad.

Panowie – w doskonałych humorach – remontowali ogrodzenie posesji… Żadna tam wymagająca natychmiastowej reakcji awaria wodociągu, gazociągu (tu nie ma chyba?) czy chociaż mega dziury w jezdni – nic z tych rzeczy! Nawet sobie „pożyczyliśmy” FELIZ NAVIDAD 😊

Po kilku godzinach BIESIADOWANIA (również nie odnotowałem żadnych świątecznych akcentów poza tym, że w lokalu gdzie zazwyczaj jadają turyści z mariny było jak nigdy dużo LOKALESÓW) udaliśmy się na pobliskie pole golfowe na kawkę. KAWKI nie było (zamknięte o dziwo), ale WIDOKI….bajka!

Drugi dzień ŚWIĄT? 26 grudnia to dzień jak co dzień. Wszystko otwarte (poza basenem, który mi podle zamknęli 23ego i wpuszczą mnie dopiero 6 stycznia – roczny przegląd…taaa jasne).

Zaprosiliśmy MAGDĘ i ANTONIA – mega pozytywna MIESZANKA 😊 polsko-andaluzyjska – czułem się jakbyśmy znali się całe lata, nawet nie wiem jak minęło nam kilka godzin na tych angielsko-hiszpańsko polskich RAZGAWORACH! Kolejny piękny dzień, w drodze na golfa wpadli do nas jeszcze „na chwilkę” ANIA i ADRIAN – nasi towarzysze wigilijno/świąteczni i dali się „na szczęście” namówić  na krótką pogaduchę przy kieliszeczku😉

Szczerze powiem – było tak fajnie, że nawet nie wiem kiedy te pierwsze ŚWIĘTA na naszej WYSPIE nam minęły!

Pewnie, że tęskniłem za RODZINĄ, za PRZYJACIÓŁMI, ale wdzwanialiśmy się do kraju z życzeniami pół 24ego!

Myślałem przy wigilijnym stole o tych wszystkich, których kocham i wierzę, że w 2020 roku FAŁSZOWAĆ kolędy będziemy RAZEM w naszym CALA D’OR!

Dodaj komentarz