Przeprowadzka

Właściwie mógłbym napisać, że „NIGDY ku…. WIĘCEJ”i temat uznałbym ze swojej strony za należycie omówiony – wstęp, rozwinięcie, zakończenie – trzy wyrazy a jaka głębia przekazu!
Tylko dlatego, że nie nabyłem jeszcze pełni praw pacjenta w Hiszpanii mogę teraz do Was pisać, w innym wypadku radośnie łykałbym teraz pewnie PROZAC w jakimś zamkniętym zakładzie i poznawał sympatycznych kuracjuszy rodem z „Lotu nad kukułczym gniazdem” (kto nie czytał marsz do biblioteki!!!).
Kasia utrzymuje, iż jestem arcyłotrem HIPERBOLI – wszystko wyolbrzymiam do granic abstrakcji, ale….nie tutaj i nie teraz!
Mam za sobą przeprowadzek krajowych troszkę:
  • moje rodzinne ŻORY ( x dwa)
  • WROCŁAW ( x trzy, a nie liczę tych studenckich – kto by to pamiętał po pijaku ;))
  • WARSZAWA ( x trzy)
i to wszystko NIC patrząc na ostatnie nasze manewry KARTONOWE!

Jakoś tak długo do mnie nie docierało, że w pewnej dacie, mamy zamówiony transport, kupione bilety na prom i trzeba te nasze wszystkie dobra doczesne wcześniej przejrzeć, zapakować do kartonów (a propos kartonu…zawsze rozwala mnie scena z takiego zakręconego serialu animowanego South Park gdy chłopaki chcąc pokreślić z jak biednej rodziny jest Kenny mówią, że „starzy Kenny’ego są tak biedni, iż bank już drugi raz wszedł im na hipotekę…kartonu”!) i załadować na busa.
Wraz z rosnącą stertą bagaży do zabrania marzyłem, aby ten bus okazał się…TIREM…

Rany boskie ile my mamy rzeczy!

Dyktatura rzeczy!
Mimo, iż całkiem niedawno (niespełna 3 lata temu) zmienialiśmy lokum w Wawie i jak twierdzi Kasia wzięliśmy wtedy tylko najpotrzebniejsze rzeczy…
Książki, ciuchy, rowery, obrazy, garnki, naczynia plus MILION „dzindziołów” wszelakich – korkociągów ze 6 – rany, a przecież my prawie wina nie pijamy!
Świeczniki…kosmiczna ilość, ze 2 kartony samych kokosowych świeczników – teraz tylko czekać na pierwszy statek u wybrzeży Majorki, który weźmie kurs na nasz taras myśląc, ze to latarnia i wywali go na brzeg 🙁 – będziemy szabrować aż miło 😉
Czas mi się zaczął zlewać, dzień przechodził w noc, noc w dzień a ja pakowałem…w chwilach zwątpienia napieprzałem się rulonem folii bąbelkowej po głowie licząc po cichu na jakąś kontuzję eliminującą mnie z tej katorgi!
Ciśnienie w domu rosło z każdym dniem, Kasia starała się jak mogła nie eksplodować, ale ja jednak w swej tchórzliwej przezorności uznałem, iż bezpieczniej będzie siedzieć dłużej w pracy 😉
Jakich to zadań zdesperowany człowiek sobie nie wymyśli, aby przypadkiem za wcześnie nie zawitać w…wojenne progi 🙂

Wiedziałem, że przyjdzie moment gdy KATARZYNA wybuchnie i w skrytości ducha marzyłem, aby dostało się Zuzce i/lub czworonożnym bydlakom (sorki Ekipo) – niestety trafiło na mnie, a powód miała moja Żona oceńcie sami błahy…

Ze dwa dni przed umówionym busem, załatwiwszy wywózkę ze 300 książek do biblioteki (część znajdującą się na tylnym siedzeniu, a nie w bagażniku zapomniałem zostawić w bibliotece i Dziewczyny moje miały z tego ubaw przesłodki) wróciłem do domku i uznałem (błędnie jak się okazało), że na dzisiaj ja już się wystarczająco narobiłem…(dureń).
Kasia coś tam niewinnie zagadała, ja w jakimś przypływie obłędu stwierdziłem, że „dzisiaj sobie odpuśćmy, mamy większość popakowane, a tak w ogóle to cudnie byłoby mieć takie ustrojstwo do TELEPORTACJI jak w STAR TREKU mieli”

nie wierzcie, że wtedy nad Wawą była burza…za tymi wyładowaniami stało coś zupełnie innego.
PIESIEŁY zbiegły natychmiast, pochowały się w swoich azylach, Dziecię wsiąkło (szacun za czas reakcji!), a ja zostałem słownie ukamienowany (kilka kamyczków gabarytami zawstydziłoby GIEWONT) z godnym szacunku bezlitosnym zaangażowaniem.
Trzeba JEJ przyznać…jaka ONA była piękna i pociągająca!
Jak trafnie i umiejętnie dobierała przekleństwa/argumenty jak zgrabnie nimi operowała, ten kunszt słowa!
Właściwie to miała rację – za wszelką cenę próbowałem nie uczestniczyć w tej przeprowadzce, ale czy to takie nienormalne, że po prostu chciałem być sobą w tej sytuacji?

Czy to nienormalne, że lubię robić coś gdzie widać efekty tej pracy?

U nas miałem wrażenie, że im więcej pakowałem tym więcej rzeczy pozostawało do spakowania…
W czwartek miał dotrzeć do nas bus, ja we wtorek uznałem, że nie ma co pakować bo i tak nic się nie zmieści, w środę przyszli znajomi na pożegnalny kieliszeczek, zaczęli przeliczać „kubiki” w busie i wraz z każdym kolejnym toastem ja w myślach żegnałem się z kolejnymi dobrami, które nie miały prawa ich zdaniem się zmieścić…
W przypływie paniki sprawdziłem ofertę LESS MESS ( wynajmują pomieszczenia gdzie można przechować rzeczy) i…nie mogłem zasnąć.
Czwartkowy poranek w pracy, potem PSY od fryzjera odebrać i pognałem z druhem Pawulonem pakować kartony…(też liczył „kubiki” a jakże i wyszło mu, że bus będzie jechał na Majorkę prawie „na pusto”)…
Wojtek – kierowca busa, pomimo lat spędzonych na wyspie przyjechał o czasie 👏👏👏👏zapakowaliśmy co było i okazało się, że jest miejsce!!!
Pocwałowałem zatem jeszcze po Kasi sztangi i ciężarki (wiem – wariatka :)) doładowaliśmy co się dało, my z Pablem do pracy jeszcze, Kasia do pracy, wieczorem czekało nas jeszcze noszenie obiecanych dóbr po Rodzinie, Przyjaciołach i Sąsiadach!

Jak ja się wspaniale czułem! ENDORFINY policzkowały mnie z zabójczą siłą, odurzały mnie, czułem się TYTANEM – załadowaliśmy wszystko!!!

Jeszcze tylko autko Kasi delikatnie dopakujemy drobiazgami w piąteczek rano i możemy ruszać na południe, w stronę SŁOŃCA❤❤❤
Gdy wszedłem do domu wieczorem nikt nie musiał się odzywać – DOGI nie przywitały mnie jak zawsze szalonymi tańcami i darciem japy – cisza była wręcz przejmująca.
Okazało się, że Zuzka skądś wyciągnęła jeszcze ze 2 kartony, jakieś worki a i torby jakieś zostały w domu…co miała usłyszeć, usłyszała.
Ze 2 godziny spędziliśmy w garażu próbując różnych opcji z pakowaniem autka.
Kasia w między czasie pożegnała się z pięknym lustrem, które w tym naszym TETRISIE nijak się nie układało.
Wykończeni wróciliśmy do mieszkania, przygotowaliśmy się do snu, Kasia szukając piżamki … znalazła jedną szafę zapełnioną swoimi okryciami…
W południe dnia następnego milczący ruszyliśmy do naszego Cala d’Or.
Autor MAciek Jurkowski