Sobotnia wycieczka – co warto zobaczyć w okolicach Santanyi?

Goście wyjechali, kilka miesięcy spokoju od codziennych TOASTÓW  to i doszliśmy do wniosku na rodzinnej naradzie (standardowy przebieg: rzucamy pomysły a i tak Kasi jest najlepsiejszy) , że należy rozpocząć realizację planu o dumnym tytule „poznamy Majorkę lepiej od autochtonów”!

Oczywiście staraliśmy się ambitnie pokazywać naszym wczasowiczom te topowe LOKALIZACJE, ale

  1. pogoda w sezonie odziera z zapału i średnio gdzieś w okolicach 10tej rano zazwyczaj rozpoczynaliśmy akcję…OKUPACJA WODOPOJU 😉
  2. czasem dysponowaliśmy ograniczonym właściwie do weekendów
  3. po kolejnym razie np. w SOLLER (miejscówka przezacna doprawdy!) entuzjazm gdzieś zanika a ja czuję, że bywam tam tak często, że chyba spróbuję i wystartuję w następnych wyborach samorządowych na burmistrza!
  4. weekend? pospać trzeba, z bydlakami na jakiś dłuższy spacer się wybrać, sprzątanko i……
  5. ta woda tak kusi….

W ostatni piątek zapadła decyzja – ruszamy eksplorować okolicę – pogoda piękna, siły są, chęci również – ruszamy.

Zdroworozsądkowo doszliśmy do wniosku, że rozejrzymy się najpierw po najbliższej okolicy…i to był „strzał w dziesiątkę”! Czuję się co prawda trochę jak przysłowiowy „wioskowy głupek” bo naszych gości ciągaliśmy na antypody wyspy a tu po sąsiedzku, 20 minut od domku – cud natury i „wieża EIFFLA jakowaś za każdym rogiem” – do wyboru, wedle uznania 😊

Piątkowy wieczór spędziłem na dokształcaniu się w tematyce tak abym mógł błyszczeć!

Na pierwszy ogień poszła znaleziona przeze mnie skała wystająca z wody, w kształcie mostu – „ES PONTAS”, 19 km od naszego domostwa.

Im więcej czytałem w piątkowy wieczór, tym bardziej byłem podjarany, a Kasia…”no dobra, skała – coś jeszcze?” Czekałem jeszcze tylko jak sobie…ZIEWNIE 😉

Pojechaliśmy i po 25 minutach było tylko jedno wielkie WOW!!! Skała, która zaliczyła nawet epizod filmowy uwierzcie ROBI wrażenie, a trafiliśmy jeszcze na żywo na Panią, która postanowiła popełnić samobójstwo w jednoczęściowym stroju kąpielowym (chyba rzadkość?). Film z upadku? Zapraszam!

Staliśmy naprzeciwko, za barierką, a gdy na SAMOBÓJCZYNIĘ patrzyłem to przechodziły mnie zimne dreszcze!  Pani się rozciągała na samym skraju, coś tam zagadywała do ekipy na dole, która w mojej opinii miała wyciągnąć zwłoki…

Dała radę!

Po oczywistej sesji zdjęciowej Pani Małżonki udaliśmy się na kawę (oczywiście piechotą bo tu wszędzie blisko) do centrum miasteczka, którym jest rzecz jasna…plaża!

Sama miejscowość Cala Santanyi poza SKAŁĄ i całkiem sympatyczną plażą nie ma do zaoferowania zbyt wiele – teatru, opery czy chociaż toru formuły nie stwierdzono. To takie typowe letnio-weekendowe „wypadzisko” dla ludzi z Santanyi (ze cztery kilometry dystansu) i mieszkańców INTERIORU.

TRZY kilometry dalej jest z kolei miejscówka, która zrekompensowała nam w pełni urbanistyczne braki Cala Santanyi…CALA FIGUERA!!! (tu już z Santanyi dalej bo…niecałe 5 km).

Tutaj o dziwo…plaży nie ma (ewenement na skalę wyspy), za to w promieniu nastu kilometrów – do wyboru i każda inna.

Rybackie miasteczko (w pierwszej wersji napisałem „rybacki kurort”, ale to nie prawda, a w dodatku kretyńsko brzmi) rozłożone wokół wąskiej zatoki (a właściwie dwóch) z kapitalną trasą spacerową! Nawet nie wiem jak Wam to opisać – jarają Was GARAŻE? To musicie wpaść do FIGUERY!

Rybą ZAPODAJE a jakże, ale może to dlatego ,że dosłownie spaceruje się między kutrami wszelkiej maści i ludźmi reperującymi sieci (i nie jest to „ustawka” na potrzeby turystów).

Restauracji kilka stwierdzono i nie uwierzycie, ale w menu głównie….ryby 😉 Miałem tam wrażenie, że miejscowi jakoś nieszczególnie zainteresowani są „stonką turystyczną” w ich miasteczku.

Na koniec jednodniowej ekskursji postanowiliśmy wpaść jeszcze (niekoniecznie było nam po drodze, ale tu naprawdę wszędzie blisko) do miasteczka w głębi wyspy – SES SALINES.

Kiedyś przemknęliśmy pieszo przez to senne miasteczko i rzuciła nam się  wtedy w oczy urocza knajpa, a że pić się chciało – to wpadliśmy.

My na diecie poważnej więc….TAPASY, ALKO i DRUGIE wjechało na stół w asyście wzajemnych naszych zapewnień, że to dla potrzeb NAUKI 😊

Ale wiecie co – grzech byłoby tam nie konsumować  – wystrój, muza, to co podali (czarne ravioli wypakowane krewetkami i łososiem)…no urwało co miało urwać! Nawet to, że Pan Kelner z aparatem na zębach tak wielkim, że jak przechodził obok odbiornika RADIOWEGO to fale zanikały zapomniał o moim DRINECZKU – wybaczone!

Panie/Panowie – jak coś kiedyś przeskrobiecie – rezerwować stolik – i wybaczone zostanie!

Dosłownie kilka godzin jednej SOBOTY – bez spiny, bez zerkania na zegarek – miejscówki warte zapamiętania, ponownego zobaczenia, podzielenia się z Wami, pokazania tym, na których nam zależy <3

Wpadliśmy do domku, chciałem coś tam w domu zrobić (kłamczuszek) ale Kasia pogoniła mnie do czytania – „jutro też jedziemy”!

Ale o naszej niedzielnej wycieczce w kolejnym wpisie.

P.S. Ktoś chce dowiedzieć się jak nazywa się knajpa, w której złamaliśmy nasze DIETOWE ŚLUBY?

 

Autor MAciek Jurkowski