Witaj Majorko!

Wiem, że wszyscy czekaliście na nowy post a my jak na złość …… kompletnie nie mieliśmy do tego głowy. Ale już jesteśmy – jeszcze trochę zmęczeni i oszołomieni, ale już szczęśliwi. Szczęśliwi Majorką. Upojeni nowym rozdziałem naszego życia, który z jednej strony przeraża a z drugiej …… daje niesamowitego kopa.

Ale od początku!

O przeprowadzce pisać nie będę – ten kawałek sceny należy do Miśka i z tego co wiem – On tworzy dla Was opowieść o tym jak to jest przewieźć całe życie jednym busem. Ja mogę powiedzieć tylko jedno …….. kiedy staje się przed takim wyzwaniem – nagle okazuje się, że mimo iż wydawało nam się inaczej – gromadzimy pierdyliardy rzeczy ….. bardziej lub mniej potrzebnych. Czasami takich, o których obecności nie mieliśmy nawet pojęcia. W naszym nowym domu leży ciągle 6 worków próżniowych pełnych ubrań, których nie ma gdzie rozpakować. To daje do myślenia (ale nie na tyle by sobie nie kupić nowej boho sukienki 😉

Co mogę napisać po pierwszych 4 dniach? No może tyle, że zdecydowanie bardziej wolę kartony rozpakowywać niż pakować. Że szum morza uspokaja i śpi się przy nim zdecydowanie za dobrze. Że ciężko mi wrócić do treningowego rygoru bo sangrija smakuje wyjątkowo dobrze i każdego dnia jest jakiś powód by się jej napić. Że Majorka urzeka nas na różne sposoby i stawia na naszej drodze ludzi, z którymi po pięciu minutach czujemy niesamowita energię i mamy wrażenie, że znamy ich od lat.

 

Smaki ….. widoki …..ludzie ……… i to wrażenie, że jesteś na wakacjach.

Mimo, iż doskonale zdaję sobie sprawę, że nie przyjechaliśmy tu na wakacje (wstaję codziennie o 6 rano i pracuję sumiennie) – wrażenie letniej odskoczni póki co mnie nie opuszcza. Dzisiaj dowiedziałam się, że prawdopodobnie nie opuści i chyba się nawet cieszę. Uczę się wyciszać i odpuszczać. I nawet hiszpańska maniana nie wyprowadzi mnie z równowagi!

Psy – początkowo nieufne i nieco roztrzęsione po podróży promem – zaczynają czuć się tu jak u siebie. Chodzą z nami do restauracji, śpią smacznie na tarasie a poranne spacery odbywają na plaży. Jett powoli przekonuje się do wody, Tila tarza się w piachu …… o ile baliśmy się początkowo o to jak zniosą majorkańskie temperatury – teraz już wiemy – NASZE PSY lubią słońce!!! A jak się nim zmęczą to dom zapewnia wiele miejsc, gdzie można ukryć się przed upałem i rozkoszować chłodem.

A sam dom?

Powoli zaczyna przypominać dom. Większość kartonów już zniknęła, czekamy na ostatnie meble z Ikei, na tarasach posadziliśmy nawet pierwsze kwiatki i zioła! Wieczorami zapalamy kokosowe świeczniki, za chwilkę zainstalujemy hamaczek …… nie wiem czy to kwestia braku telewizora ale póki co – wieczory spędzamy razem. Gapimy się w wodę, rozmawiamy i słuchamy muzyki. Tak po prostu. Postanowiliśmy sobie, że na Majorce będziemy razem jadać śniadania i jak na razie idzie nam całkiem nieźle.

Zwolniliśmy …….

Majorka uczy nas kompletnie innego podejścia do życia. I uczy nas tego przy każdej jednej okazji. Na Insta Stories opowiadałam Wam o zamówieniu telewizora, na który – jak się okazuje – musimy czekać dwa tygodnie. W Polsce nie do pomyślenia …. Tutaj – NORMALKA. Ale o ile początkowo mnie to strasznie rozsierdziło – tak teraz uśmiecham się na samą myśl. Jedna z Was napisała mi, że takie sytuacje wydają się śmieszne tylko na samym początku  – może i tak …. Może za pół roku znowu będę z błahych powodów dostawać piany na ustach, ale póki co …. Chill.

Poznajemy Cala d Or i ludzi

W momencie wyjazdu znaliśmy na wyspie tylko rodzinkę Polaków, którzy tutaj w Cala d Or prowadzą hotel i kawiarnię. Mega pozytywne osoby, bardzo pomocne a do tego ciekawe. Są tutaj od 7 lat, pięknie mówią po hiszpańsku, mają dzieci, które tutaj chodzą do szkoły – nie ukrywam, że są dla nas ogromnym wsparciem. No, ale ileż można kogoś zamęczać swoją osobą? Przedwczoraj jeszcze leżałam wieczorem w łóżku i myślałam – czy nie okaże się za chwilę, że poza sobą – nie bardzo tutaj kogoś mamy. Ale wczoraj poszliśmy na kolację do Agaty – znajomej znajomej, która ma restaurację w porcie i wszelkie moje obawy zostały rozwiane. Kolacja trwała 4 godziny. 4 godziny pełne historii, opowieści, przepysznego jedzenia i śmiechu. Kolejni ciekawi i pozytywni ludzie.Gdyby nie fakt, że psy już trochę fisiowały z nudów pod stolikiem …. Pewnie siedzielibyśmy tam do zamknięcia.

Zakupy i życie

Nie ma co ukrywać – Majorka jest droga! Napiszemy Wam o tym cały odrębny post, ale już wiemy, że życie tutaj kosztuje znacznie więcej niż życie w Polsce. Do tego każda wizyta w sklepie jest ciekawym doświadczeniem – bo np. wcale niekoniecznie możecie tutaj dostać zwyczajny biały (a do tego jeszcze chudy) ser. Krewetki i owoce morza są tańsze niż w Polsce. W Lidlu możecie je kupować mrożone na wagę, w EROSKI są świeże – jeśli ktoś lubi to nic tylko brać i gotować!

Zaskoczenie? W Lidlu nie ma włoszczyzny!!!!!!! Próbowałam taka nabyć w celu ugotowania zupy i niestety poległam. Ostatecznie kupiłam włoszczyznę w jakimś eko-warzywniaku w Santanyi i zapłaciłam za nią 3 EUR. 3 marchewki, pół pietruszki, kawałek pora i coś seleropodobnego. Dobrze, że zabrałam ze sobą Vegetę 😉

Przyzwyczajamy się do Majorki powolutku ….. załatwiamy sprawy, jeździmy do sklepów. W sobotę chcemy wypożyczyć rower wodny i popływać z młodą. Wczoraj rozmawialiśmy też o wypożyczeniu jakiejś łódki. W końcu mamy do zwiedzenia 284 plaże!!! Jest spokojnie – mimo, iż nie narzekamy na nadmiar wolnego czasu.

No i ten szum morza, który towarzyszy nam w zasadzie przez cały dzień ……. Nie wiem czy mi się kiedykolwiek znudzi. Ale już to mówiłam …… w poprzednim życiu musiałam być Syrenką 😉

Autor Kasia