Zwykły majorkański dzień …

Budzik niemiłosiernie wyrywa mnie z błogiego snu. To znak, że jest 6.00 ….. Misiek wstaje zaspany, psy przybiegają radośnie – to już pora na poranny spacer. Czasami udaje mi się zwlec z łóżka i iść z nimi na plażę. Ale tak dobrze mi się tutaj śpi ….. szum morza robi swoje i coraz częściej jednak zostaje w łóżeczku na kolejne 30 minut. Kiedy jednak słyszę trzask otwieranych drzwi i cwałowanie do kuchni …… to znak, że już czas na poranne rytuały: insulina dla Tili, śniadanko dla psów, kawa i jajka sadzone na tostach. Otwieram drzwi na taras …….. chyba nigdy nie znudzi mi się widok promieni słońca odbijających się w tej lazurowej wodzie.

Śniadanie jemy razem!

Póki trwają wakacje nie budzimy na wspólny posiłek młodej ale to się zmieni we wrześniu. Na razie niech śpi – nie wiem w kogo się wdała, ale jej tryb jest kompletnie inny niż nasz: siedzi w nocy i śpi do 11.00. Szkoda, że nie mogła tak kiedyś, kiedy chociaż w weekend marzyłam żeby dała mi pospać do 9.00.

Po śniadaniu przychodzi czas na pracę. Rozkładamy komputery, Maciek zaczyna odbierać swoje setki telefonów. Ja piszę. Woda szumi. Podpływają katamarany, na zakotwiczonych w zatoczce pod naszymi oknami żaglówkach budzą się ludzie. W sumie nie wiem kiedy się okazuje, że jest 10.00 czy 11.00. Czasami udaje mi się zrobić przerwę w pracy i stanąć na orbitreku. Miałam od tego zaczynać dzień, ale – no cóż ….. nie jestem Robotem i nie będę się katować. Dopóki daję radę zrobić trening w ciągu dnia – rano wybieram jednak sen.

Orbitrek ustawiamy przodem do wody ……. Czy ja już mówiłam, że ona tak cudownie szumi? I to światło <3  Tak wiem, opatrzy mi się. Ale na razie jeszcze nie!

Pracujemy zazwyczaj do 15.30.

W międzyczasie dziecię łaskawie budzi się do życia. Psy, o które tak bardzo się martwiliśmy (raaany jak one zniosą upały) wyraźnie przesuwają się po tarasie w poszukiwaniu słońca. Czasami udaje mi się skończyć moje obowiązki zawodowe wcześniej i pójść na górę na leżak. Robię pranie, coś tam pozamiatam …… nieustannie towarzyszy mi wrażenie, że jestem ciągle na wakacjach, a przecież tak nie jest.

Co kocham w Majorce?

Pisałam Wam o tym ostatnio na facebooku – kiedy wybija 15.30 mamy milion możliwości. Plaża? Jedną mamy pod nosem, ale nie więcej niż 20 minut drogi samochodem są inne – malownicze, zatoczkowe, mniej lub bardziej dzikie. Do wyboru, do koloru. Możemy też wyjść z domu prosto do wody. Ciagle nie zamontowaliśmy jeszcze drabinki, ale coś czuję, że pierwsza wizyta znajomych z dzieciakami zmieni ten fakt.

Jeśli o 20.00 stwierdzamy, że można już pojawić się na plaży z psami – 10 minut później już na niej jesteśmy. Widzieliście na insta film, na którym Tila tarza się w takim rudym piachu? Jaka ona jest wtedy szczęśliwa! 10 letni pies, który w trzy sekundy staje się szczeniaczkiem. Mam nadzieję, że i Jecika przekonamy do morskich kąpieli.

Ostatnio pisałam, że wyluzowaliśmy …….teraz nie wiem co napisać, ale przeszliśmy na kolejny poziom luzu. Od trzech tygodni nie używaliśmy żelazka ani deski do prasowania. Wśród dziesiątek sukienek ja ciągle wybieram te, pod które nie musze zakładać stanika. Niewątpliwą zaletą mieszkania w turystycznej miejscowości jest fakt, że gdybym poszła na zakupy w kostiumie kąpielowym – nikt by się nie zdziwił. W końcu wszyscy tu tak chodzą 🙂 Trzymam zatem  na wierzchu wszystkie moje plażowe boho tuniki. A co 🙂

Telewizja? Mimo, iż kupiliśmy 65 calowy telewizor, którym zachwycała się każda kolejna ekipa montująca coś w naszym domu – oglądamy zdecydowanie mniej niż w Warszawie. Śpimy jak dzieci ….. pewnie dlatego, że w zasadzie 90% dnia spędzamy na świeżym powietrzu. I to powietrze jest naprawdę świeże!!!!   

No dobrze ……… napisałam, że opowiem też o cieniach naszego nowego rajskiego życia.

Są …. A jakże.  Po pierwsze Majorka jest naprawdę droga.  Nie będę się silić na to, by Wam dokładniej temat przybliżyć bo w rachunkach najlepsza nie jestem, ale ……. dla przykładu: psia karma z Zooplus ES  kosztuje nas 420 zł. Tymczasem dokładnie takie samo zamówienie (dokładnie tych samych produktów) z Zooplus PL to koszt 296zł.

Kolejna rzecz ……… oni tu kurde mają jakąś dziwną mąkę! No jak bum cyk cyk – moje pierwsze majorkowe ciastki owsiane nie wyszły takie jak zwykle. Były smaczne …… ale wyglądały jak przedziwne omlety a nie jak apetyczne owsiane ciasteczka 🙂

Więcej? W ubiegłym tygodniu udałam się na swój pierwszy majorkański manicure. Kosztował mnie 20 EUR (normalnie 25 ale miałam swoje produkty) i powiem tylko tyle ……. Jak wyszłam z salonu to miałam ochotę się popłakać. Gdyby nie fakt, że jestem manualną amebą to juz bym była po zakupie lampy.  Pozalewane skórki, lakier, który zlał się na bok paznokcia (manicurzystka to widziała i postanowiła nadmiar zebrać frezarką). OD jakiś 8 lat nie miałam tak tragicznie pomalowanych paznokci. Na szczęście te najgorsze uratowała Dorotka, która lampę posiada i pomogła w potrzebie.

Żeby podkreślić tragizm sytuacji – byłam w najlepszym salonie w Cala d Or, do którego chodzi większość miejscowych!!!!!

W poniedziałek idę na rzęsy (do innego salonu) ……… powiem Wam szczerze, że boję się przeokrutnie, ale co tam – do odważnych świat należy. Jeśli od przyszłego tygodnia nagle przestanę publikować swoje zdjęcia to będzie znak, że coś poszło nie tak. O ile dłonie mogę ukryć – z twarzą może się okazać nieco trudniej 😉

Do tego dzisiaj rano znalazłam na tarasie karalucha. To, że są w ogródku widziałam już nie raz po zmroku. Nie wiem czy wiecie, ale one tu latają!!!!!! Na szczęście póki co (tfu, tfu) w domu ich nie ma.

……….. pisząc to – dokładnie teraz zrobiłam przerwę …….. po prawej mam wodę …….. ludzie pływają na czerwonych rowerach wodnych – takich ze zjeżdżalniami, woda jest tak turkusowa, że przez chwilę nie mogę oderwać wzroku. ……. słońce odbija się w wodzie niczym miliony małych diamencików …… eeeeeeeehhhhhh….

Tak naprawdę to ja tu jestem cholernie szczęśliwa.  Z paskudnymi paznokciami…… ale jednak. Nie wiem jaki wpływa ma na to sangrija (nie ma szans, żebym tu wypracowała jakąś super sylwetkę – to jest pewne) – jednak jest mi tu tak zwyczajnie dobrze.

Jest 11.00 ……  wybaczcie ale czas najwyższy iść się poopalać!

Autor Kasia