Tajlandia – ekonomiczna egzotyka dla każdego!

Jak wiecie – nie mam aspiracji do bycia blogerką podróżniczą. Całe życie jeździłam na wakacje all inclusive i w sumie to tak naprawdę nigdy nie chciało mi się jakoś specjalnie roztrząsać tematu organizacji wyjazdów samodzielnie. Wiem, że są ludzie, którzy uważają, że z biurem podróży to żadne podróżowanie …. ale cóż.  My tam swoje widzieliśmy. Nigdy nie spędziliśmy urlopu siedząc na dupie w hotelu i popijając drinki „all excuse me”. Zawsze jesteśmy ciekawi jedzenia poza miejscem noclegowania, staramy się poznać lokalne specjały i zobaczyć jak najwięcej.

Może dlatego tak bardzo atrakcyjna wydawała nam się Tajlandia. W Azji jeszcze nie byliśmy, a wiadomo, że tajskie żarcie to raj. Do tego piękne plaże, rajskie wysepki …… wiedzieliśmy już w momencie wylotu, że nasze diety szlag trafi i jedyne czym się pocieszaliśmy to fakt, że TYM RAZEM zabookowaliśmy sobie hotel z siłownią!

Oczywiście szybko się okazało, że rzeczywistość przerosła nasze najśmielsze wyobrażenia.

Tajlandia to kraj tętniący życiem. Piękny, kolorowy, soczysty i smaczny. A do tego Kochani …… tani jak barszcz!!! 

Nie będę się tutaj wymądrzała na temat jak tanio można tam dolecieć bo leciałam czarterem;) Ale wiem, że da się za 1500 zł od osoby, a wynajęcie sensownego hotelu też można ogarnąć w przystępnej cenie. I w sumie jak tak sobie myślę teraz ……. to dwie powyższe kwestie są najdroższymi składowymi tajskich wakacji.

Jedzenie!

Powiedzmy sobie prawdę – nie znam miejsca na świecie gdzie byłoby taniej. Oczywiście – być może nie znam bo jeszcze nie byłam, ale póki co ….. ciężko mi sobie nawet wyobrazić, że można by się wyżywić taniej. Naprawdę sycący obiad dla 3 osób, łącznie z napojami – wodą kokosową czy świeżymi sokami – to koszt 15 dolarów!!! Mowa tu rzecz jasna o ulicznym straganie bo w Tajlandii zasada jest prosta – w knajpach się nie jada! Znaczy oczywiście – jeśli chcecie zjeść przy stoliku, nie z plastikowego talerzyka – możecie wejść do restauracji. Prawdopodobnie będzie pysznie – ale już troszkę drożej. My spróbowaliśmy raz. Jednak opcja – na schodach za śmietnikiem – zdecydowanie bardziej nam się podobała. A jeśli martwicie się o jakiekolwiek zatrucie pokarmowe – śpieszę uspokoić ……. tajskie jedzenie w 95% smażone jest na głębokim tłuszczu – nie ma szans by jakiekolwiek bakterie przetrwały 😉

Deser!

Lody tajskie (czyli te robione na zimnym blacie z mleczka i wybranych składników – które niewiadomo dlaczego są tajskie – tam to są po prostu lody w rolkach) – kosztują 70-80 THB (ok. 2$). A moje ukochane – kokosowe, nakładane do świeżego kokosa – 60THB za porcję. Są też przepyszne, chrupiące naleśniki, które możecie zjeść na słodko lub wytrawnie. No i omlet tajski z mango …… o raaany – wierzcie mi – to jest niebo w gębie. Zjadłam raz bo tenże omlet polany jest skondensowanym mlekiem i posypany cukrem. Zatem tylko dla słodyczoholików!!!

Atrakcje!

My byliśmy na Krabi i stamtąd pływaliśmy sobie na okoliczne plaże oraz wyspy. Wyglądało to tak, że przy plaży stała sobie budka, w której codziennie od rana można było kupić bilet na przeróżne wyspy i wysepki. Na te bliższe kupowaliśmy bilet a następnie czekaliśmy aż zbiorą się inni chętni na ten kierunek (ludzie, którzy mogli płynąć jedną łodzią mieli bilety w tym samym kolorze). Na Bamboo, która położona jest godzinę drogi od Krabi – musieliśmy zarezerwować całą łódkę lub znaleźć sobie towarzystwo. Do takiej „dalekiej” łódki zabieranych jest maksymalnie 6 osób i kosztuje ona 3800 THB.  Do tego w przypadku wysepek musicie doliczyć każdorazowo wstęp do parku krajobrazowego w wysokości 400 THB od osoby.

Absolutnie nie musicie się obawiać podróżowania z Tajami – są przesympatyczni, komunikatywni i co nas mega zadziwiło – NIESAMOWICIE PUNKTUALNI. Jeśli umawiają się na odbiór z wyspy o godzinie 15 – możecie być pewni, że będą czekać w punkcie odbioru już 10 min wcześniej!

Prezenty!

Tutaj kolejny raj dla kieszeni i poszukiwaczy skarbów. Magnesy, kule, miseczki z kokosa, kaszmirowe chusty, boho kolczyki, naszyjniki, pierścionki i bransoletki. Całe mnóstwo wszystkiego. Cenowo różnie – za coś solidniejszego trzeba zapłacić koło 10-15$. Chłamokicz kupicie już za 2$.

Alkohol!

Tutaj niestety nie jest już tak kolorowo. Drinki – w porównaniu do jedzenia – są drogie. Warto kupić sobie w strefie bezcłowej butelkę whisky bo na miejscu to się zwyczajnie nie kalkuluje. Misiek pił lokalne piwo Chang w cenie mniej więcej 80 THB za butelkę a ja ostatecznie znalazłam butelkowane, lokalne breezery na winku Full Moon – 60 THB za butelkę. Jeśli lubicie lekki, orzeźwiający alkohol – sprawdzą się idealnie. Jeśli wolicie coś mocniejszego – drink na mieście kosztuje koło 100 – 150 THB.

 

Kosmetyki!

Tajskie maseczki, koreańskie kremy w tubkach, wszystko czego dusza zapragnie. Ceny przeróżne – od taniochy po nieco droższe produkty. Jedyne co mnie zadziwiło to cena KOSMETYKÓW DO OPALANIA. To zdecydowanie warto zabrać z Polski bo 450-600THB za spray 50SPF to jednak dużo!!!!

Tajski masaż!

Coś czego w sumie unikaliśmy przez prawie cały wyjazd bo w Ao Nang nie było tego typu usług na plaży – gdzie sceneria byłaby naprawdę sprzyjająca. Kiedy łaziliśmy sobie wieczorami i widzieliśmy w salonach masażu po kilkanaście osób siedzących obok siebie na fotelach – jakoś nas to nie zachęcało. Ale być w Tajlandii i nie spróbować masażu ……. ostatecznie się skusiliśmy. I powiem Wam jedno – BYŁO WARTO!!!!! Godzinny masaż pleców kosztuje 300 THB. Nie wiem czy gdziekolwiek da się taniej!!!!!  I nie jest to jakaś popierdółka. Ci ludzie naprawdę znają się na rzeczy!!!

 

Tajskie wakacje to zdecydowanie niezapomniana, egzotyczna przygoda. I jeśli lubicie poszperać na portalach oferujących tanie bilety to możecie naprawdę tanio zaplanować taki urlop. Wylot z biurem podróży jest umiarkowanie drogi, ale daje ten komfort, że leci się bezpośrednim lotem. Hotel trafiliśmy uroczy – jednak w Tajlandii hotel jest zwyczajną sypialnią i myślę, że każdy inny byłby równie dobry. Je się i tak na ulicy  – mimo wielu wysiłków obsłudze hotelowej raczej nie udawało się zatrzymać ludzi na kolację u siebie.

Czy zakochałam się w Tajlandii? Urzekła mnie i musze przyznać, że jest niesamowitym miejscem. Gdybym miała wybierać między Zanzi a Tajlandią – bez wątpienia wybrałabym Tajlandię.

Ale w moim sercu na pierwszym miejscu ciągle znajduje się Dominikana. Być może wiąże się to z faktem, że Dominikana była pierwszym naszym dalekim kierunkiem. A może po prostu rajska Saona jest tym jednym , jedynym miejscem, którego nigdy się nie zapomina i do którego kiedyś trzeba wrócić.

 

Autor Kasia